Wydanie: MWM 03/2018

Prywatna prawda

Article_more
Czy wykonanie muzyczne może być prywatną wypowiedzią? Od czasu, kiedy kompozytor zyskał w opinii słuchaczy nadludzką moc jednostki wybranej, wiedzącej więcej, kapłana sztuki (a zatem od jakichś niespełna dwóch stuleci), trwa w świecie muzyki partyturowej dyskusja o prawach wykonawcy.

XX-wieczne awangardy wprowadziły do utworu elementy przypadku albo improwizacji, w ekstremalnych sytuacjach tworząc zaledwie szkicowe instrukcje, które mają pobudzać wyobraźnię i moce twórcze performera. Chodziło o to, by uniknąć kreacji, powielania konwencji, to znaczy: nieprawdy. Wykonawca muzyki komponowanej, podobnie jak każdego zapisanego tekstu, pozostaje wszakże aktorem – lepszym lub gorszym. Kompozytor może pracować z muzykiem, tworząc bardziej intymną relację, czerpiąc z niej, dążąc do szczególnej synergii, jednak najjaśniejszy promyk prawdy i tak zdaje się płynąć do słuchacza podczas żywego wykonania, które nie może być do końca perfekcyjne, zawiera w sobie bowiem całą przestrzeń dowolności, nieprzewidzianej przez nikogo. Prawda wymyka się z formy, która ma ją udawać. Jest tylko przebłyskiem, często mimowolnym.

 

W poprzedniej dekadzie pewną popularność zdobył blog „Pobożni chłopcy”, którego autor (autorka?) publikował zdjęcia młodych mężczyzn (wtedy nie używało się jeszcze słowa „selfie”), wykonywane na potrzeby profili randkowych. Moc tego bloga opierała się na przedziwnym kontraście wizerunków owych chłopaków, prężących muskuły w wyuzdanych lub naśladujących hollywoodzkich gwiazdorów pozach, i tła, którego niezmienny element stanowiły symbole zupełnie innego porządku moralnego. Cóż, panowie śmiało pokazywali światu wnętrza, w których mieszkali, gdzie elementem wystroju były meblościanki, telewizory, zdjęcia rodzinne i święte obrazki. Emanował z ich zdjęć ów promyczek mimowolnie objawionej wiedzy o świecie. Wystudiowane erotyczne przedstawienia, w których tle przypadkowo znalazły się konfesyjne symbole, nasuwały pytania o system wartości. Co było prawdą o tych mężczyznach: pobożność czy rozwiązłość seksualna? Może jedno i drugie – a może jedno i drugie było tylko kreacją? Krzyżyk – na potrzeby katolickiego społeczeństwa, prezentacja tężyzny – dla zdobycia potencjalnej partnerki?

W owych czasach jeszcze nie mówiliśmy tyle o granicach prywatności w sieci, o autokreacji, którą uprawia każdy bez wyjątku użytkownik mediów społecznościowych. Nie mieściło nam się w głowie, że wkrótce dzięki budowaniu całkowicie zmyślonej wizji rzeczywistości będzie można zostać prezydentem światowego mocarstwa. Jeszcze się z pobożnych chłopców podśmiewaliśmy, wierząc we własną niewinność i w to, że możemy świadomie kontrolować publiczną wiedzę o nas samych. Kiedy powoli ta wiara zaczynała pękać, Brigitta Muntendorf pracowała już nad swoim cyklem utworów Public Privacy (2013­–2017), wśród których znajdujemy kompozycje tworzone wespół z internetowymi wolontariuszami. Ci, na prośbę kompozytorki, sfilmowali samych siebie grających instrumentalne covery ulubionych piosenek. Interesujący jest nie tyle dźwiękowy efekt tych prac (właściwie nieczytelny w przetworzonej przez Muntendorf postaci), co performatywne zaangażowanie muzyków ujęte w scenografii ich mieszkań. Kompozytorka usunęła ścieżkę dźwiękową filmów, aby zwrócić uwagę na gesty i ruchy muzyków. Postawiła pytanie: co z tego wszystkiego jest zwykłym efektem gry, a co konsekwencją wcielenia się w kulturową rolę artysty-wirtuoza? Użyte przez Muntendorf obrazy śmieszą przez chwilę i powierzchownie – jak konterfekty pobożnych młodzieńców. Wkrótce zaczynamy się zastanawiać, jaki świat chcieli pokazać internauci, a co nam niechcący mówią o sobie, filmując meblościanki, krzyżyki, kapy na łóżko i okienne wertikale? Co odtwarzają, wykonując emfatyczne gesty przed kamerą? Na ile świadomie? I wreszcie: czym manipuluje kompozytorka, montując dowolnie dostarczone jej filmy i ustawiając je w zupełnie innym dźwiękowym środowisku? Dlaczego to my, ironiczni obserwatorzy, w efekcie nie wiemy, co jest grane?

 

Podobno sztuka wyprzedza w swoich wizjach nieświadomą własnych zagrożeń cywilizację. Pytanie o prawdę w muzyce zaczęło mocniej wybrzmiewać dziesięciolecia temu, kiedy nikt nie przeczuwał zalewającego nas dzisiaj gigantycznego tsunami fałszu – już nie w sztuce, ale w życiu publicznym. Wołamy o fakty, o dane sprawdzalne, ale nie umiemy uwolnić się od kreacji. Jesteśmy od niej uzależnieni. Dlatego sztuka pokazuje nam tylko skrawek upragnionego, prawdziwego świata. Pytanie, czy na prawdę naprawdę jesteśmy gotowi.