Wydanie: MWM 03/2018

Kontynent: Vivaldi

Article_more
Antonio Vivaldi – zastanawiam się, do której epoki przynależy, gdzie jego miejsce? Może w ogóle znajduje się poza czasem? Jego twórczość staje się przecież koronnym argumentem, że współczesność żywi się niemal wyłącznie przeszłością (wspominana niedawno rocznicomania jest zresztą jednym z wcieleń zjawiska).

Casus Vivaldiego jest spektakularny, bo – w odróżnieniu od Bacha – jego muzykę zaczęliśmy odkrywać powtórnie dopiero w XX wieku, a głębiej i wnikliwiej poznajemy ją może od trzydziestu lat. W Vivaldim splatają się więc paradoksy. Jego nazwisko natychmiast kojarzy się z Czterema porami roku! Każdy przecież je słyszał, albo słyszał o nich – niezależnie od stopnia prawdziwego zaangażowania w krainie dźwięków. Jeden z tematów tych koncertów skrzypcowych trafił nawet – za sprawą bardzo popularnej radiowej audycji – pod strzechy.

 

Le quattro stagioni to może największy (komercyjny i pośmiertny) triumf Vivaldiego i największe jego przekleństwo. Ciekaw jestem, czy Il Prete Rosso cieszyłby się z liczby wykonań i nagrań, czy łapał za głowę i cierpiał od przybytku. Na pewno nie byłby zadowolony z faktu, że przez długie lata popularność tego cyklu ważyła na recepcji całej jego twórczości. Dorobek kompozytorski Vivaldiego, szacowany dziś na ponad… osiemset utworów, ciągle pozostaje kontynentem nieodkrytym i interpretacyjnie dziewiczym. Dopiero założyliśmy na nim pierwsze kolonijne osady – prawda, już umocnione i ucywilizowane – ale rozległe obszary będą z powodzeniem zagospodarowywane przez następne generacje. Wystarczy na lata.

Na szczęście dziś już Vivaldi nie jest wyłącznie autorem koncertów skrzypcowych. Coraz dokładniej widać rozległość i różnorodność krajobrazu kontynentu; nie mniej ważne są tu dzieła wokalno-instrumentalne, a wśród nich – opery, którym poświęcał bardzo wiele uwagi i twórczej energii. Pierwszą, wystawioną w 1713 roku w Vicenzy, była Ottone in villa. W ciągu następnych lat mógł zapisać na swoje konto około sześćdziesięciu premier (zwykle przygotowywanych też od strony impresaryjnej, bo zyski były większe). Przypisuje się mu dzisiaj prawie czterdzieści oper, chociaż do naszych czasów dotrwało (w różnym stopniu kompletności) nieco ponad dwadzieścia. Ciekawe, że w liście do swojego patrona z Ferrary, markiza Guido de Bentivoglio (datowanym na 2 lutego 1739), Vivaldi przyznawał się do skomponowania… dziewięćdziesięciu czterech oper. Nie liczyłbym, że kiedykolwiek uda się ostatecznie tę dysproporcję wyjaśnić. Zresztą, czy tego w ogóle potrzebujemy? Na razie nie znamy dobrze nawet połowy istniejących oper. A zupełnie poważnie – można się w tym gąszczu dzieł zagubić, bo to zupełnie jak krążyć po rodzinnym mieście Vivaldiego – Wenecji. „To, co człowiek widzi w tym mieście na każdym kroku, po każdym zakręcie, w każdej otwierającej się perspektywie, w każdej ślepej uliczce, pogarsza jego kompleksy i wzmaga poczucie niepewności” – zdanie Josifa Brodskiego doskonale wszystko tłumaczy. Na poziomie makro, ale też w skali mikro, bo aż korci mnie, by owo porównanie odnieść do materii jednej z ostatnich oper Vivaldiego – Olimpiady.

 

Niezwykłe to dzieło. Opera, wystawiona 17 lutego 1734 roku w niewielkim Teatro Sant’Angelo, była przedostatnią (przynajmniej tyle dziś wiadomo) prapremierą Vivaldiego w Wenecji. Wyjątkowy był autor libretta L’Olimpiade – wielki Pietro Metastasio. W swojej karierze Vivaldi ledwie trzykrotnie sięgnął po jego teksty. A ta opowieść – zawikłana historia miłosna osadzona w scenerii starogreckich igrzysk – należała przecież do najpopularniejszych Metastasiańskich librett. Olimpiadę wydawano drukiem ponad sto dwadzieścia razy, a umuzyczniono ponadsześćdziesięciokrotnie. Vivaldi znalazł się w samej czołówce, tuż po Caldarze. Sprytne okazało się to posunięcie: rodowity wenecjanin rzucał wyzwanie całemu oddziałowi „operowych Neapolitańczyków” – Porporze, Vinciemu, Hassemu, Leo, którzy zdominowali sceny operowe miasta.

 

Nie podejmuję się streszczania fabuły. Chodzi oczywiście o uczucia i miłosne perypetie dwóch par. By było trudniej je wyjaśnić, złośliwy Metastasio – jak zwykle – nadał bohaterom podobnie brzmiące imiona. Jednak by cieszyć się bogactwem muzycznych pomysłów, niekoniecznie trzeba te meandry zgłębiać. Wystarczy wsłuchać się w brzmienie muzyki – od oszałamiającej Sinfonii (ależ niezwykłe rykoszety smyczków) po zespołowy finał z morałem. Pomysłów tutaj co najmniej na kilka oper. A do jakich czasów Olimpiada należy? Chyba ona bardziej nasza, współczesna, niźli stara, barokowa. Jeśli Państwa nie przekonałem – proszę pojechać do Wenecji. Tam przecież, w mieście poza czasem, odrealnionym – jak chciał Brodski – „wyjaśnia [się] samo istnienie piękna”.