Wydanie: MWM 04/2018

Zachwyt i prawda (1)

Robert Piłat – wywiad
Article_more
W młodych latach słuchałem bardzo dużo muzyki Georga Friedricha Händla. Utwory były pełne ekspresji i życia, ale dzisiaj, kiedy ich słucham, nic nie czuję. Zastanawiam się dlaczego. To zupełnie inny proces niż przy Vivaldim, który powinien był spowszechnieć, no bo ile można słuchać Vivaldiego. A tymczasem okazuje się, że on cały czas wzrusza. Dla mnie Vivaldi żyje, a Händel nie. Czy brakowało mu talentu i geniuszu? W żadnym razie. To wielki kompozytor. Ale dla mnie osobiście umarł emocjonalnie i nie wiem nawet, jak go ożywić.

Hanna Szczęśniak: Czy muzyka jest wyzwaniem intelektualnym, czy przyjemnością czysto estetyczną?
Robert Piłat: W młodości była dla mnie zdecydowanie tym pierwszym, choć potem się to zmieniło. Z moim młodzieńczym radykalizmem wiązała się teza, że brzmienie w muzyce jest zbyteczne (śmiech). Ważna była tylko idea muzyczna. Na początku liceum chodziłem z przyjacielem do Filharmonii Warszawskiej. Musieliśmy tam być przynajmniej dwa razy w tygodniu, na wszystkich wtorkowych i piątkowych koncertach. Od czasu do czasu któryś z nas chorował, więc dzwoniliśmy do siebie i prosiliśmy o opowiedzenie koncertu. Opowiadanie muzyki oczywiście skupiało się na kwestiach zewnętrznych, było raczej żartem, choć wyewoluowało w prymat symboliki treści intelektualnej nad brzmieniem. Nie wiem, jak to się stało. Lubiłem wtedy okładać się nutami. Kupowałem takie malutkie partytury z wydawnictwa Petersa, jako jedne z niewielu dostępnych w naszych sklepach w latach siedemdziesiątych czy na początku osiemdziesiątych. Długo nad nimi przesiadywałem, wpatrywałem się w nie. Czasem sprawdzałem na instrumencie, jak brzmi dany utwór, ale tylko dlatego że nie mam aż takiego talentu, by usłyszeć muzykę, czytając nuty. Muzyka jako idea, struktura abstrakcyjna, pociągała mnie najbardziej. Stąd też wybór utworów, których słuchałem. W większości to była muzyka absolutna, zawierająca wyraźne konstrukcje, ewolucje, gdzie utwór jest całym światem, muzyka nieprogramowa, nieozdobna, nieestetyczna i w tym sensie fundamentalna. Po wielu latach nawróciła mnie z tej radykalnej drogi przyjaciółka i znana radiowa koleżanka, Magdalena Łoś. Byliśmy wówczas sąsiadami, wiele rozmawialiśmy o muzyce. Nie mogła zrozumieć mojej postawy. Dla niej wykonanie miało ogromne znaczenie. Przecież ten sam utwór w różnych wykonaniach to zupełnie coś innego. Istotne było dla niej brzmienie, talent wykonawczy, duch włożony w operowanie instrumentem. Przekomarzałem się z nią przez długi czas, ale wreszcie na stare lata przyznaję jej rację. Choć nie całkiem odstępuję od swojej młodzieńczej idei. Jedno i drugie powinno być w równowadze.

 

W pana młodych latach muzyka była przygodą intelektualną, która łączyła się z analizą i dyskusją. Czy sprawiała też przyjemność związaną z uniesieniem, wzruszeniem, poruszeniem?
Zdecydowanie tak, choć pozornie jest to sprzeczne. Wzruszenie, poczucie wzniosłości to dla mnie najwyraźniejszy emocjonalny rezonans muzyki. Ale jakoś zadziwiająco wiązało się to właśnie z intelektualną dramaturgią muzyczną. Czyli nie ze zmysłami, ale z czymś, co można sobie opowiedzieć albo zobaczyć w partyturze, usłyszeć w głowie. Zmysły muszą do tego dopiero dorosnąć. Przez kilka lat grałem z przyjaciółmi w zespole rockowym. Stało się to przez przypadek. Nagle znalazłem się w innym świecie muzycznym. Tam oczywiście nie było partytur ani podejścia intelektualnego, tylko nieprawdopodobnie bezpośredni impuls życiowy. Grałem na gitarze basowej i uczyłem się zupełnie innego podejścia do muzyki – służebnego, skromnego dźwiękowo, gdzie oszczędność była mile widziana. Piosenki pisał nasz bardzo uzdolniony lider. Były bardzo piękne, ale my nie byliśmy zbyt dobrzy, nie potrafiliśmy pokazać się należycie, tak żeby zdobyć jakąś popularność. Ta muzyka wiązała się z emocjonalnością. Tylko że w moim przypadku była to emocjonalność człowieka już jak na rockmana trochę podstarzałego. Wszyscy byliśmy podstarzali.

 

Ale podstarzali nadal grają rocka.
Tak, lecz zaczynali wcześniej. My zaczęliśmy późno. Kiedy startowaliśmy w przeglądach zespołów, musieliśmy konkurować z osobami dziesięć lat młodszymi od nas. Było to trochę zabawne. Ale nie przejmowaliśmy się za bardzo. Takie były czasy. Późno się zaczynało. Nie było instrumentów ani miejsca do grania. Zanim się zebraliśmy, to już byliśmy starzy. Ja pisałem doktorat, inny kolega również, rodziły się dzieci. Jacy to rockmani? Rockmani przy pieluchach i z doktoratami?

 

Czy muzyka rockowa jest według pana mniej wartościowa od muzyki klasycznej?
Nie, choć dziś jej nie słucham i nie obcuję już z nią. Wpisała się jednak w moją historię emocjonalną. Z wydarzeniami życiowymi wiążą się emocje, które towarzyszą nam na jakimś etapie życia, przetwarzamy je i przeradzają się w inne. Nic tak dobrze ich nie odzwierciedla jak muzyka. Szczególnie mając naście lat, przez muzykę filtruje się wszystko, cały nasz emocjonalny świat. Później muzyka, która była tą intymną towarzyszką, zaczyna odchodzić w przeszłość. Choć są osoby, które są wierne muzyce swojej młodości. Jeżeli coś ich zachwyciło, kiedy mieli lat szesnaście, to teraz, mając lat pięćdziesiąt i sześćdziesiąt, nadal tego słuchają i biegną do sklepu, gdzie można kupić kopię czarnej płyty z tamtych lat, gdy stara się już zniszczy. Jest w tym coś wzruszającego.

 

Panu się to nie zdarza? Nie ma pan sentymentu do tego, co sprzed lat?
Nie, to dziwne, ale zupełnie nie.

 

Nawet do muzyki klasycznej?
Ona czasem powraca. Ale to bardziej skomplikowana historia. Odwołam się do przykładu. Kiedy miałem szesnaście lat, słuchałem czeskiej klawesynistki Zuzany Růžičkovej. Była dla mnie alfą i omegą, jeżeli chodzi o klawesynową muzykę Johanna Sebastiana Bacha, bo nie miałem innych punktów odniesienia. Słuchałem, napełniałem sobie tym głowę. Po kilku latach pojawiły się inne wykonania. Porzuciłem Růžičkovą. Zaklasyfikowałem ją jako „czeskie wykonanie”, którego słuchało się, bo nie było innych.

 

Pojawiło się w panu poczucie wyższości wobec jej wykonania?
Poczucie wyższości i arogancji – zachłyśnięcie się nowością. Lawina nowych wrażeń sprawiła, że zapomniało się o wzruszeniach młodości, a nawet zaczęło się nimi trochę gardzić. Musiały minąć lata, żeby docenić to, co mieliśmy. Dotknęło mnie to szczególnie w ubiegłym roku, kiedy zmarła Růžičková i zacząłem sobie to wszystko rekonstruować aż do tamtych lat młodości. Dostrzegłem błąd perspektywy, niemożliwość sprawiedliwej oceny, przypadkowość tych inspiracji. Prawdę powiedziawszy, to wszystko było dość okropne. Nie było podstaw do właściwego osądu estetycznego i ludzkiego. Z powodu niewiedzy i zawężenia perspektywy ja, i pewnie wiele innych osób, byliśmy w sytuacji ciągłego, ułamkowego, fragmentarycznego i niesprawiedliwego osądu.

 

Czasem te obiektywnie mniej doskonałe wykonania nabierają innej wartości, właśnie w zderzeniu z tymi, które są doskonalsze.
Tak, ale trzeba mieć powód, żeby do nich wrócić, posłuchać tej muzyki jeszcze raz z nowym nastawieniem. Miałem to szczęście w stosunku do Růžičkovej; dowiedziałem się, że była w obozie w Terezinie, który odwiedziłem, jadąc przez Czechy na rowerze. Wygrzebałem więc swoją starą płytę i zacząłem dociekać, co było źródłem mojego dawnego wzruszenia. I doszedłem do wniosku, że ten majestatyczny, metronomowy sposób wykonywania zostawiał dużo miejsca na wyobraźnię. Wtedy nie zdawałem sobie z tego sprawy, ale dzisiaj to widzę wyraźnie. Jest tam otchłań dla wyobraźni.

 

A wtedy to metronomowe wykonanie wydawało się panu zbyt równe, pozbawione szaleństwa i szerszej wizji.
Wiadomo. Przecież wiemy, jakie później pojawiły się wykonania muzyki dawnej. Wszystkie możliwe sposoby ekspresji, frazowania, instrumenty o zupełnie innej charakterystyce. To były wielkie przeżycia i one tak nagle spadły nam na głowę, że przysłoniły wszystkie poprzednie.

 

Wydaje się, że w muzyce ważny jest dla pana kontekst – świadomość tego, kim jest jej autor, czy to wykonawca, czy to kompozytor.
To pomaga, kiedy muzykę, która już sama w sobie zawiera dramaturgię, umieści się jeszcze w dramaturgii czasu – kiedy na przykład zobaczy się powody aprobaty lub odrzucenia jakiegoś kompozytora – jego szczęśliwą sławę lub tragiczną niesławę. Równie pouczające są historie kompozytorów radykalnych, którzy wbrew impulsom z zewnątrz trzymają się swojego programu i znoszą cierpliwie razy krytyków, jak młody Arnold Schönberg, lub sławnych i bogatych, jak Giuseppe Verdi, co przecież nie umniejsza ich muzyki. Oni wszyscy realizowali ducha swoich czasów. To ich stawiało na piedestale, z którego mówili nam rzeczy bardzo piękne.

 

Czy muzyka pozwalałaby na nawiązanie osobistej więzi z ludźmi, których nie poznamy, albo nie zdążyliśmy poznać?
Dobre pytanie. Teraz wydaje mi się, że to jest pogłębiająca się perspektywa. Trudno powiedzieć, czy będzie mnie bardziej interesować osoba, czy kontekst czasów. Od początku byłem związany emocjonalnie i estetycznie z Bachem. Był dla mnie alfą i omegą, ale to nic oryginalnego. Pomijając obiektywne wartości jego muzyki, chodziło o to, że oferowała mi idealne połączenie duchowości i technicznej maestrii. Wydawało mi się, że jest wszystkim, czego kultura potrzebuje, czyli ziemską doskonałością. Bach z jednej strony pięknie komponował, z drugiej – podporządkował całkowicie ten nieprawdopodobny, nieziemski talent temu, żeby ilustrować proste słowa, czy to Ewangelii, czy chorałów Lutra, czy innych narracji, które sobie brał na warsztat. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie książka Alberta Schweitzera o Bachu, w której podkreślał tę służebność muzyki wobec tekstu, a kantaty uważał za centrum jego twórczości. To słychać na każdym kroku. Człowiek się zdumiewa doskonałością formy, a przy tym u Bacha każdy sens zawarty w słowach jest wygrany w nutach.

 

Absolutna równowaga między jednym a drugim.
Tak. To się bardzo rzadko zdarza, bo forma niezwykle często zjada tekst. Treść duchowa mszy Bacha jest dla mnie oczywista, natomiast w niektórych mszach, skądinąd tak przeze mnie lubianego Haydna, jest nieobecna. Bach był i pozostaje dla mnie muzycznym absolutem. Żeby pogłębić to doświadczenie chciałem oczywiście wiedzieć o nim więcej.

 

Ale czy Bach jest postacią, do której można się zbliżyć na poziomie osobistym? Jest on chyba gdzieś poza zasięgiem, bliżej absolutu, a daleko od człowieka.
Absolutnie się zgadzam. Tak samo to odczuwam. U mnie zainteresowanie osobą nie jest tym samym co zainteresowanie biograficzne. Dopiero w ubiegłym roku pojechałem do Eisenach zobaczyć dom Bacha. Przejeżdżałem tamtędy przypadkiem. Miło było zobaczyć to miejsce, ale nie miałem poczucia jakiegoś wielkiego odkrycia. Nie byłem w Lipsku, chciałem kiedyś pojechać, zobaczyć kościół św. Tomasza, ale ostatecznie nie zrobiłem tego. Widocznie nie była to aż tak silna potrzeba. Bardziej interesuje mnie zgłębianie jego postawy muzycznej, tego, co wpływało na niego bezpośrednio, czym była instytucja kantora, jakie były zależności pomiędzy personelem muzycznym. W czasie jednej z wypraw rowerowych zajrzałem do Köthen. Chciałem zobaczyć zamek księcia, u którego pracował Bach i zrozumieć panujące tam stosunki feudalne. To bardzo wpływa na zrozumienie muzyki. Lepiej wtedy widać, skąd wzięły się Koncerty brandenburskie.

 

Próba zrozumienia kompozytora poprzez umieszczenie go w kontekście historycznym.
Zrozumienie człowieka, ale człowieka jako twórcy, a nie jako konkretnej osoby z całą biografią. Choć rzeczywiście jest to fascynujące, że byli też synowie Bacha, których wciąż na nowo odkrywam jako znakomitych kompozytorów. Tego też kiedyś nie doceniałem, bo było bardzo mało nagrań i wykonań. Teraz okazuje się, że wszyscy mieli coś z Bachowskiego geniuszu. Jest w tych obserwacjach coś z biografizmu, ale przefiltrowanego przez muzykę.

 

Czyli próba nawiązania więzi z muzyką, a nie z człowiekiem.
Raczej z muzyką, ale w specjalny sposób uosobioną, spersonalizowaną, z muzyką w sensie fenomenu kulturowego, na który składają się utwory, osoby twórców i kontekst. Czasami rzeczywiście żeby zrozumieć fenomen muzyczny, trzeba coś więcej wiedzieć o emocjonalności danej osoby, czy jej poglądach politycznych, religijności, sympatiach społecznych.

 

Nie obawia się pan, że pod wpływem tej wiedzy można zrazić się do kompozytora, a przez to do jego muzyki?
Osoby, których twórczość i osobowość nie zgadzają się ze sobą, są wielką zagadką. Przez całe życie próbuję się jakoś uporać z fenomenem Richarda Straussa. Słuchałem go już jako nastolatek. Miałem taką rosyjską płytę Żyzń gieroja. Przez długi czas nie bardzo wiedziałem, co to za utwór, lecz słuchałem go często. Chodziło oczywiście o Ein Heldenleben czyli Życie bohatera, ale dla mnie to już zawsze była Żyzń gieroja. Pożyczaliśmy sobie tę płytę ze wspomnianym kolegą od filharmonii. Dopiero wiele lat później dowiedziałem się czegoś o życiu samego Straussa. O jego współpracy z nazistami, o hymnie na Olimpiadę w 1936 roku. Nie były to rzeczy chwalebne.

Czy zniechęciły do jego muzyki?
Właśnie nie. O to chodzi. Co więcej, jeszcze bardziej podniosły jej wartość, bo kierując się trochę chorobliwym zainteresowaniem, żeby rozszyfrować ten fenomen, zacząłem więcej słuchać. Wtedy zrozumiałem, jak genialnym był kompozytorem. To jeden z największych umysłów muzycznych w historii. Można powiedzieć żartobliwie, jak Arturo Toscanini: „kiedy myślę o Straussie jako kompozytorze, to zdejmuję kapelusz, kiedy myślę o nim jak o człowieku, zakładam go z powrotem”. To oddaje naszą bezradność. Czasami po prostu nie potrafimy zrozumieć. Strauss żył długo, był trudnym człowiekiem, z jednej strony zabiegał o sławę, z drugiej strony separował się, miał poczucie wyższości, ale też jakiejś przedziwnej niższości. Może uważał, że jeszcze nie dorasta do jakiegoś ideału, który sobie stworzył. Łatwość komponowania miał nieprawdopodobną. Tematy, które wybierał – to dziwne – wciąż oddziałują. Był dzieckiem epoki, szukał ciemnej strony człowieka. Nawet w utworach stosunkowo lekkich, komediowych, takich jak Kawaler srebrnej róży, znajdziemy ten mrok.

 

Czyli nie powinniśmy czuć się winni, że podoba nam się dzieło stworzone z niesłusznej idei?
Nie, bo w człowieku walczą różne siły. Oczywiście czasami myślę, że niektórzy twórcy nie powinni przyjmować takich postaw, jakie przyjmowali. Myślę tu o Prokofiewie czy Szostakowiczu. Wiele tam było wstydliwych postępków. Nie musieli niektórych utworów pisać, nie musieli się podlizywać władzy. Pomijam oczywiście sytuację przymusu i zastraszania, która miała miejsce w wypadku Szostakowicza, ale w przypadku Prokofiewa – nie. To była próżność. Czytałem niedawno książkę Marka Lilli Lekkomyślny umysł. Intelektualiści w polityce o filozofach, którzy za czasów rozmaitych totalitaryzmów oddawali swoje talenty na usługi władzy. Autor pisał o nich „lekkomyślne umysły”. Wydawało im się, że wszystko będzie dobrze. Inteligentni ludzie potrafią wyjaśnić sobie sytuację tak, żeby wyglądała dobrze. Można to zastosować i do twórców.

 

Tłumaczyli się sami przed sobą.
Dzięki temu mogli przeżyć i dalej tworzyć, a my możemy podziwiać ich utwory. Nie pamiętam żeby wygasł mój zachwyt muzyczny tylko dlatego, że kompozytor jako osoba czy świadek epoki nie spełnił moich oczekiwań. Pomijając kwestie polityczne, można się czasami nie zgadzać też z intencją muzyczną. Paweł Mykietyn napisał Pasję wg św. Marka. Nie przekonała mnie, była dziwaczna, pomysły wydawały mi się nieadekwatne do treści, nieoddające zupełnie moich przeżyć związanych z tekstem, z sytuacją, z intencją. Ale czy bym odmówił Mykietynowi, jako kompozytorowi, podziwu ? Nigdy. To znakomity kompozytor. Jeżeli jego intencje są inne niż moje, no to cóż, są inne, ja nie jestem kompozytorem, nie potrafię ich wyrazić w ten sposób. Nie ma między nami sporu, jest najwyżej jakieś poczucie obcości.

 

Czy poczucie bliskości i obcości wpływa na to, jak mocno czuje pan tę muzykę? Może czasem, patrząc na coś obcego, jest pan równie zafascynowany?
Dobre pytanie. To kapitalny problem. Czy coś, co nie rezonuje głęboko z naszymi poglądami, intencjami, aspiracjami duchowymi, może zarazem zachwycić? Sądzę, że tak. Na myśl przychodzi mi opera francuska, przykładowo Carmen Georges’a Bizeta. Nie mam nic wspólnego z tą muzyką. Odżegnuję się od niej, ale mnie zachwyca. Podobnie Igor Strawiński. Nic nie rozumiem z jego muzyki. To nie jest moja emocjonalność. Święto wiosny mnie nie obchodzi. To muzyka genialnego figlarza. Natomiast wielokrotnie wracałem do Oktetu na instrumenty dęte i innej jego muzyki kameralnej. Jeżeli człowiek ma jakąś elementarną wrażliwość muzyczną, to musi się zachwycić, żeby nie wiem, jak było mu to obce emocjonalnie. Nie jest to może bardzo głębokie wzruszenie, ale przychodzi momentalnie, jak zawsze, kiedy się obcuje z rzeczą najwyższej jakości. Zapominamy, że to nie jest nasz świat, i na chwilę staje się naszym własnym. Potem przychodzi znowu takie otrzeźwienie, że nie, to jednak nie nasza muzyka. Muzyki Prokofiewa też nie rozumiem i nigdy do końca emocjonalnie jej nie przyswoiłem, co nie znaczy, że nie mogę się zachwycić. Prokofiew jest dla mnie źródłem wielkich niespodzianek. Pamiętam, jak Koreanka Soyoung Yoon w czasie konkursu Wieniawskiego grała jego Sonatę f-moll op. 80. Zamurowało mnie, to było tak piękne. A przecież musiałem to słyszeć wcześniej. Wtedy po prostu do mnie nie dotarło. Nie zawsze jesteśmy gotowi na daną muzykę.

 

Ważna jest też osoba pośrednicząca.
Co pokazuje, że jednak wykonanie jest ważne. Można się czasami zachwycić, słuchając muzyki dobiegającej z czyjegoś auta. Ktoś ma uchyloną szybę, słyszymy coś, co w sensie akustycznym jest zaledwie namiastką. To raczej jakieś dziwne dudnienie, ale mimo to stajemy i słuchamy. W młodości doszedłem do głupiego wniosku, że to wystarczy. Że namiastka muzyki wystarczy jako sygnał, jako impuls muzyczny, a cała reszta powstanie w głowie. Nieprawda. Przykład sonaty Prokofiewa pokazuje, że dopiero wykonawca otwiera drogę, żeby naprawdę zrozumieć. To jest jego zasługa. Ja w swojej głowie nigdy bym tego nie stworzył, nie zrekonstruowałbym głębi muzycznej. Trzeba być ostrożnym z radykalnym podejściem do muzyki.

 

Czy zdarza się panu rozczarować muzyką, która chwilę wcześniej pana urzekła?
Takie zauroczenie, które nie przetrzymuje próby czasu… Nie. Chyba nigdy mnie nie spotkało radykalne rozczarowanie. Ale zdarzyło mi się zapomnieć o muzyce, odsunąć związane z nią emocje.

 

Czy to znaczy, że ta muzyka nie była warta zapamiętania?
Nie, po prostu miała swój czas – odeszła wraz z moją przeszłością.

 

A pan już jest innym człowiekiem i to już nie jest dla pana.
Tak. Uczucia rozwijają się i zmieniają wraz z poglądami i percepcją świata, czyli aspektem poznawczym. Dziwią mnie osoby wierne muzyce młodości, bo dla mnie wygląda to tak, jakby w ich życiu niewiele się zmieniło. Niby są mądrzejsze, wiedzą więcej o świecie, może nawet zmieniły radykalnie swoje postawy, może już mają innych przyjaciół, a wciąż słuchają takiej samej muzyki. Jakim cudem?

 

Może w ludziach, którzy idą dalej i zmieniają się, zostaje tęsknota za młodością, za czymś, czego nie ma, bo nadeszło inne, trudniejsze życie.
I jeszcze taka intuicja, że tam jest źródło autentyczności. Bo każdy szuka tego źródła.

 

Wtedy byłem kimś innym niż teraz, byłem prawdziwszy.
Człowiek chce się rozwijać, więc na pewno nie zgodziłby się, żeby wrócić do wszystkich stanów, które wtedy przeżywał. Ale chciałby zachować to poczucie, że żyje w zgodzie ze sobą. Muzyka jest najlepszym lustrem, jeżeli chodzi o autentyczność, ułatwia kontakt ze sobą.

 

Człowiek nie umie oszukać siebie, słuchając muzyki?
Dobre pytanie. Może dzieje się tak wtedy, kiedy jego gust muzyczny jest niesamodzielny. Wydaje mi się, że oszukujemy siebie nawet w naszych najgłębszych zachwytach, kiedy jesteśmy młodzi i słuchamy tego co inni. To taki fenomen zarażania się.

 

Ale to może być po prostu chęć dzielenia się.
Ale kto się dzieli z kim? Czy ktoś się z nami dzieli, po to żebyśmy się zarazili, i my z kolei jego zarażali? Czy wtedy rzeczywiście to my chcemy się dzielić? Po prostu nie jesteśmy w stanie oddzielić własnego świata muzycznego od tego świata grupowego. To działa bardzo mocno, kiedy ma się paręnaście lat. Pamiętam, że w moim liceum, były stronnictwa różnych gatunków muzycznych. Wszystko oczywiście w granicach muzyki popularnej, bo nie pamiętam, żeby któryś z moich kolegów słuchał muzyki klasycznej, z wyjątkiem tego jednego, o którym wspomniałem. Te stronnictwa były jak kibice piłkarscy. Nienawidzili się, potrafili ostrymi słowami ze sobą dyskutować o wyższości jednych zespołów nad drugimi. Rozumiem to, bo to silne przeżycia. Ale one miały charakter grupowy, nie pamiętam, żeby ktoś eksponował swój indywidualny gust. Bardziej chodziło o to, żeby być w danym stronnictwie. Czy wtedy można się oszukać w przeżyciu muzycznym? Wydaje mi się, że tak, bo można się podporządkować tej raczkującej emocjonalności, która jest jeszcze chybotliwa, jeszcze szuka swojego języka.

 

Może ten świat się jeszcze kształtował. To też stan autentyczny. Tacy byliśmy, niezdecydowani, czyli w tym momencie prawdziwi.
Więc czy można mądrzyć się i tak ostro nazwać ten stan „nieautentycznym” z późniejszej perspektywy? Rzeczywiście, może to po prostu stan pewnego niezdecydowania. Dobrze zatem, wycofuję się z tego, że można samego siebie oszukać muzycznie. Ale na pewno można pozostawać w pewnej niewiedzy. Siła zachwytu nie jest jeszcze kryterium prawdy. Tej prawdy szuka się dłużej. Siła zachwytu już jest, ale prawda emocjonalna i muzyczna dopiero przyjdzie. Pamiętam, że w młodych latach słuchałem bardzo dużo muzyki Georga Friedricha Händla. Nie tylko jego wielkie formy takie jak oratoria zachwycały mnie, nie tylko słynny Mesjasz czy Saul, ale też jego muzyka kameralna, a nawet drobiazgi, które próbowałem grać na gitarze. Utwory były pełne ekspresji i życia, ale dzisiaj, kiedy ich słucham, nic nie czuję. Zastanawiam się dlaczego. To zupełnie inny proces niż przy Vivaldim, który powinien był spowszechnieć, no bo ile można słuchać Vivaldiego. A tymczasem okazuje się, że on cały czas wzrusza. Może dzieje się tak dzięki nowym odkryciom dawniej zupełnie nieznanych oper. Dla mnie Vivaldi żyje, a Händel nie. Czy brakowało mu talentu i geniuszu? W żadnym razie. To wielki kompozytor. Ale dla mnie osobiście umarł emocjonalnie i nie wiem nawet, jak go ożywić. Ostatnio słuchałem płyty z ariami włoskimi w wykonaniu Magdaleny Koženy i nic mi się nie podobało, ani same utwory, ani Magdalena Kožená. Z kolei w muzyce współczesnej częste są przypadki początkowego niezrozumienia. To muzyka trudniejsza w odbiorze.

 

Los wszystkich nam współczesnych.
No właśnie. Pierwsze zetknięcie czasami bywa nie tyle rozczarowujące, ile niezrozumiałe i nieprzyswojone. Wymaga to pewnej cierpliwości. Nie zawsze jest do tego okazja, bo czasami nie ma nagrań, a wiele utworów nadaje się wyłącznie do słuchania na żywo. Pójdziemy na Warszawską Jesień, usłyszymy coś i wychodzimy skonfundowani. Ale kiedy mamy szansę zweryfikować nasze wrażenia, to na ogół przychodzi wyższa aprecjacja niż początkowo. Tak mi się zdarzało właściwie z każdym ważnym kompozytorem XX wieku. Luigi Nono, początkowo nierozumiany, później stał się jednym z moich ulubionych kompozytorów. Per Nørgård, którego uwielbiam, kiedyś był mi kompletnie obojętny, te dźwięki po prostu przelatywały obok mojej głowy. Myślę, że nie byłem przygotowany. Słuchałem i chodziłem na koncerty. Nie stroniłem od nich, sądziłem, że są ważne, tylko bardzo ciężko było mi przekroczyć próg. Starałem się na tyle wejść w dźwięki, żeby zaczęły zachwycać.

 

Czy przekroczenie progu zaczęło się wraz z chodzeniem na Warszawską Jesień?
Później. Chodziłem na festiwale zawsze, ale najpierw to było po prostu uczestniczenie w czymś, co się dzieje. To jest muzyka naszych czasów, chodzi się i słucha, czasem dyskutuje, podoba się, nie podoba. Potem człowiek trochę zapomina, nie potrafi sobie w głowie odtworzyć tej muzyki. Przejście przez próg muzyki współczesnej przyszło później, za sprawą nagrań. Stały się bardziej dostępne i można było swoje wrażenia weryfikować. To bezcenna rzecz. Nie wiem, jakby to wyglądało, gdyby dostęp do nagrań był tak nędzny jak w późnych latach PRL, gdybyśmy musieli utwór tylko jeden jedyny raz zasłyszany zapamiętać. W takiej sytuacji byli ludzie przed wynalazkiem fonografii i ci najtężsi jakoś dawali radę. Jechał gdzieś taki Mozart, zapisywał sobie coś na karteluszce i już mu wystarczyło do końca życia. Dla osób, które nie mają aż takiego talentu i pamięci muzycznej, czyli takich ludzi jak ja, nagrania są bezcenne. Dlatego muzyka współczesna wzrastała w mojej głowie bardzo powoli.

 

Niezrozumienie muzyki współczesnej wynikało też z braku przygotowania?
Tak. Kiedy się idzie na eksperymentalne koncerty Warszawskiej Jesieni, kogo się widzi na widowni? W połowie to są uczniowie szkół muzycznych. Oni już mają jakieś przygotowanie, wykształcenie. Bardzo im zazdroszczę, bo są dwa albo trzy razy młodsi ode mnie, i potrafią już słuchać, zostali przygotowani. A co z innymi, z takimi jak ja amatorami-samoukami? Mam tylko szczątkowe wykształcenie muzyczne. Nie zostałem przygotowany za młodu, musiałem to sobie wypracować sam. Trwało to całe lata. Słyszałem, że w wielu krajach wprowadza się dzieci od razu w świat dźwięków nieoczywistych, nie każe się śpiewać im gam, tylko od razu się pokazuje ciekawe konfiguracje dźwięków, które są istotne dla muzyki współczesnej. Ich umysły są nieuprzedzone i jeżeli wcześniej się nie zaprogramują na dur-moll, to szybciej potrafią to docenić.

 

Słucha pan po prostu inaczej.
Dla mnie ważne jest jakiekolwiek czynne obcowanie z muzyką. Mój stosunek do muzyki charakteryzuje wielka tęsknota za muzyką jako taką. Wszystko jedno jaką – rockową, dawną, współczesną – chodzi o to, żeby być blisko niej, bo ta w różnych swych zmieniających się formach jest towarzyszką życia. Nie wyobrażam sobie własnego życia emocjonalnego bez muzyki. Mogę sobie narzekać na to, że niektóre emocje odeszły w przeszłość. Dobrze, niech odchodzą, ale na pewno były.

 

Ciąg dalszy za miesiąc