Wydanie: MWM 07/2012

Wiersze piszę teraz raz na kwartał

Wywiad z Marcinem Świetlickim
Article_more
Marcin Świetlicki został właśnie laureatem Wrocławskiej Nagrody Poetyckiej Silesius. Za całokształt, co, jak skomentował podczas gali we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, wydaje się pewnym nieporozumieniem. Jeden z najważniejszych polskich poetów przełomu wieków w najbliższą Wigilię Bożego Narodzenia skończy 51 lat. – To półkształt – mówił Świetlicki ze sceny, zasłużenie odbierając statuetkę i sto tysięcy złotych.

Grzegorz Chojnowski: Powiedzmy, że ma pan w kieszeni dwadzieścia złotych. Na co je pan wyda?

Marcin Świetlicki: Na podstawowe potrzeby, czyli paczkę papierosów, która dzisiaj kosztuje trochę więcej niż dziesięć. Zostaje mi osiem. Co ja mogę kupić za osiem złotych? Zamówić jakiś płyn chłodzący... A z drugiej strony, jeść coś trzeba. Za osiem złotych coś by się dało już zjeść. No to paczka papierosów plus skromny posiłek. Nie jeżdżę środkami komunikacji, bo mieszkam w centrum, więc na autobus nie potrzebuję.

 

Trochę się to zmieniło od czasu wiersza Heliotrop, akwamaryn. Tam był burbon, stock i taksówka.

No ale ten wiersz był napisany w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Zmieniło się w Polsce, zmieniło. Chyba w zeszłym roku napisałem wiersz, w którym porównuję te ceny, a pewnie za dziesięć lat też napiszę wiersz, w którym będę porównywał koszt burbona. Teraz burbon kosztuje kilkanaście złotych i już właściwie na nic więcej by nie wystarczyło tych dwudziestu złotych.

 

W tomie Niskie pobudki, ostatniej jak dotąd pańskiej premierowej książce, napisał pan: „A to jest zwyczajnie historia o człowieku, który budzi się codziennie w innym łóżku”. Ma pan codzienny zwyczaj pisania?

Niestety, od pewnego czasu już nie. Młody Marcin Świetlicki pisał codziennie, dobrze albo źle, ale codziennie. Teraz, niestety, cedzę słowa, już się wiersze ze mnie tak nie wylewają. Tamten wiersz dotyczył okresu, kiedy codziennie żyłem tym, że piszę, jestem z nimi, a w tym momencie moje życie trochę się uspokoiło i nie mam potrzeby, aby wiersze ze mnie wyskakiwały. Ten stan można zawsze wywołać, tylko nie wiem, po co.

 

Czyli ma pan dylemat „pisać czy nie pisać”, gdy „klisze prześwietlone”, używając cytatu z jednego z pana wierszy?

Tak, bo dużo już napisałem. Coraz bardziej się pilnuję. Wcześniej nie kontrolowałem wyrazów i zdań, one wyskakiwały i były, a teraz zastanawiam się bardzo poważnie nad każdym wierszem, który napiszę. Wiele z nich umarło, gdy poczułem, że nie są aż tak wybitne jak powinny. Ludzkość dużo traci przez moją autorefleksję.

Pisze pan za to prozę, powieści, kryminały, zawsze jednak wraca do poezji...

Wszystkie moje czynności życiowe brały się z pisania wierszy. Nawet jeśli pracowałem w telewizji, radiu, to dlatego, że chcieli mieć poetę prowadzącego program. Wszystkie moje życiowe zwycięstwa i sukcesy wzięły się z pisania, więc odpuszczanie sobie tego byłoby samobójstwem, stałbym się człowiekiem bezwartościowym.

 

Piotr Śliwiński mówił o Niskich pobudkach, że jest w tym tomie wredność i małostkowość.

Zamierzona.

 

To atak czy obrona?

Nigdy nie zaczepiam, zawsze się bronię, tyle że gdy ktoś mnie uszczypnie, to ja oddaję poważnym ciosem. Jeden z moich rówieśników-poetów napisał kiedyś piękne zdanie: „tylko boks zbliża ludzi” i ja temu całkowicie przytakuję. Ta ostatnia książka poetycka, Niskie pobudki, była moją dziewiątą oryginalną książką. Gdybym miał wydać spokojną, łagodną, taką, która miałaby się wszystkim podobać, to czułbym, że coś się nie zgadza. Celowo ją zaostrzyłem, aby pokazać, że jeszcze się nie poddałem, nie zgadzam się na wszystko. Niskie pobudki miały chyba najgorsze recenzje z moich książek, ale następna będzie miała pewnie jeszcze gorsze. Istnieje teoria, że każda moja książka jest gorsza od poprzedniej, czekam więc na moment, kiedy sięgnę dna, ale jakoś ta chwila nie następuje.

 

To był chyba też tom tęsknoty za jakimś lepszym światem, także tym światem literackim, kiedy kultura, poezja trochę więcej znaczyła, była ważniejsza w życiu ludzi...

Nie pamiętam tego świata, bo w momencie, gdy zacząłem pisać, kultura była już w odwrocie. Gdybym pamiętał czasy przedwojenne, to może tak, ale rzeczywiście jest taka tęsknota za światem, w którym to ma jakieś znaczenie. Dostałem właśnie sto tysięcy złotych, a w następnej kumulacji totolotka ktoś wygra kwotę przewyższającą na przykład nagrodę Nobla. To nieporównywalne. Wysiłkiem umysłu nie można walczyć ze szczęściem. Myślę, że żyje ileś tam osób na świecie, dla których poezja jest ważna. Byłoby miło, gdyby ich było o pięć więcej i może się tak kiedyś stanie.

 

Dwa lat temu pan i Jan Polkowski, symboliczni antagoniści, byliście nominowani do Silesiusa w kategorii książka roku. To była dla pana uciecha, niespodzianka, ironia? Obaj panowie zresztą nie przyjechali na finałową galę.

Gdyby on dostał nagrodę, to jurorzy opowiedzieliby się po stronie jakiejś szkoły, gdybym wygrał ja, wybraliby inną. Zdaje się, że na wszelki wypadek obydwaj nie przyjechaliśmy, aby nie widzieć triumfu drugiego. Nie, tak naprawdę nie przyjechałem, bo byłem przekonany, że nie dostanę tej nagrody. A tak na darmo przyjeżdżać do takiego pięknego miasta jak Wrocław?

 

„Milczą obłoki, lecą żurawie przy wtórze klawiatury Bacha”...

Kto to napisał?

 

Jan Polkowski.

Już się zjeżyłem.

 

Zęby bolą, gdy się słyszy takie wersy?

Można pisać o muzyce Bacha, trzeba to jednak robić w sposób oryginalny. Można pisać wiersze o wielkim malarstwie światowym, ale z serca. Nie zgadzam się na model prezentowany przez Jana Polkowskiego i nigdy się zgadzać nie będę. Mam organiczną niechęć do takiej poezji.

 

Marcin Sendecki powiedział, że jest pan jednym z najstarszych wybitnych młodych polskich poetów. Deklarował pan przed premierą choćby Niskich pobudek emocje podobne jak przed debiutem. Dziś, po otrzymaniu nagrody za całokształt, te emocje opadły?

One będą wzrastały. Jako człowiek uhonorowany, nagrodzony, w przyszłym roku mam wydać książkę i już znam recenzje tej książki. Nie tego się spodziewaliśmy, znowu zaniżył loty... Cokolwiek napiszę, takie będą opinie. Chciałbym zaskoczyć, a to jest jeszcze większy stres. Pisanie w kółko tych samych wierszy kompletnie mnie nie interesuje. Czuję cały czas napięcie, potrzebę, by następna książka była inna. Może być gorsza, ale musi być inna.

 

Czy poezja jest dla pana ratunkiem? To jest ta „suka, którą trzeba wyprowadzić na spacer”, jak pisze pan w tomie Muzyka środka?

Sukę wyprowadzam trzy razy dziennie, natomiast wiersze piszę ostatnio raz na kwartał. Zresztą, gdybym miał wybierać między żywym stworzeniem a poezją, wybrałbym żywe stworzenie.

 

Tylko wtedy nie wszedłby pan do historii literatury. Piotr Śliwiński mówi wprost, że zachował pan ciągłość polskiej poezji. Jacek Gutorow dodaje: „poezja Marcina Świetlickiego zaczyna się teraz i wtedy, tutaj i tam”.

Z dużym zadziwieniem patrzę na pokolenie mojego syna, dwudziestolatków, może nawet trochę starsze. U nich nie ma tej ciągłości. Nie wiem, kiedy została utracona. Ja przyjmowałem normalnie, bez żadnego zaperzenia, że istniał jakiś Staff, Tuwim, Kochanowski. Nie było to dla mnie czymś dziwnym czy obcym. O całą kulturę tu chodzi, stare biało-czarne filmy są dla młodzieży nie do przyjęcia. Ktoś w pewnym momencie to zerwał, nie wiem, kto. Może Wojciech Jaruzelski, może Aleksander Kwaśniewski? Raczej Aleksander Kwaśniewski. Nagle się okazało, że kultura to wcale nie jest coś ciągłego, że nie ma pomysłów, tylko projekty.

 

To pańskie bycie pomiędzy – coś w nim jest. Gutorow w innym miejscu stwierdził, że pana poezja istnieje gdzieś między doświadczeniem grzechu a ideą czystości. Pan napisał: „nigdy naprawdę i do końca w środku”.

Pewnie o tym to jest, że się jest i wewnątrz, i na zewnątrz, i tu, i tam.

 

I ciągle w nastroju nieprzysiadalnym?

To sformułowanie przeszło do polszczyzny, ale przecież dotyczyło jednej konkretnej sytuacji. Nienawidzę, gdy ktoś mnie pyta, czy może się dosiąść, czy jestem w nastroju przysiadalnym, czy nie. Zazwyczaj jestem w przysiadalnym, czasem nie. Trzeba chwilami określić jakieś granice, nastrój nieprzysiadalny potrafi chronić przed światem.

 

Ma pan swój ukochany wiersz, taki, który jest panu najbliższy?

Nie. Kiedyś miałem wybrać kilkanaście swoich wierszy do książki, która wyszła we Wrocławiu, jeden z rozdziałów miał zawierać te moje ulubione. I to była katorga. Wiem, których nie lubię, natomiast wszystkie inne traktuję niemal jednakowo. Najbardziej lubię te pisane w malignie, nie do końca napisane przeze mnie, te natchnione. Kiedy je czytam, to się dziwię: ja to napisałem?

 

W mojej głowie jest cały czas wiersz ze wczesnego okresu pana twórczości: Listopad, niemal koniec świata.

On właśnie powstał w takim natchnieniu. Pamiętam, że wtedy, jednego dnia, napisałem kilka swoich bardzo ważnych wierszy. Między innymi także Korespondencję pośmiertną, też zmienioną potem w piosenkę. I jeszcze kilka. Po prostu siadłem i napisałem, wszystkie były w podobnym nastroju. To był taki dzień, kiedy byłem genialny, jakiś wtorek w 1991 roku.

 

Rozmawiał Grzegorz Chojnowski (Radio Wrocław)