Wydanie: MWM 04/2018

Oskarżam...!

Article_more
„Jestem wściekła!” – napisała w liście otwartym do organizatorów gali Victoires du Jazz wybitna francuska kontrabasistka Joëlle Léandre. Zarzuca kapitule nagrody wstecznictwo i seksizm – nazwiska żadnej kobiety nie ma nie tylko pośród laureatów, ale nawet w gronie nominowanych do wyróżnienia.

Przyznawane od 1986 roku Victoires du Jazz są najbardziej prestiżowymi nagrodami francuskiego środowiska jazzowego; zdobywali je tacy muzycy, jak Stéphane Grappelli, Michel Petrucciani czy Michel Portal. Jak to możliwe – zastanawia się Léandre – że w 2017 roku na takiej imprezie w żadnej z kilku kategorii nie pojawia się ani jedna kobieta? Artystka zaszokowana patrzyła na dwunastu, jak pisze, „zadowolonych z siebie pingwinów”, zastanawiając się, na jakiej planecie żyją organizatorzy. „To prowokacja? A może zabawa? – pyta. – To farsa, ale miarka się przebrała!”. Podkreśla, że przez czterdzieści lat aktywnej kariery cały czas styka się ze znakomitymi instrumentalistkami, wokalistkami oraz kompozytorkami, i zdaje sobie sprawę, jaki poziom reprezentują i z jakimi problemami się zderzają.

 

„Jak chcecie przekonać młode kobiety kończące akademie, że mogłyby iść w stronę jazzu?” – zapytuje. Tak kompletny brak wrażliwości na kwestie nierówności i stereotypów związanych z płcią sprawia – zdaniem artystki – że „Zwycięstwa jazzu” zamieniły się w „Porażki jazzu”: maskaradę panów z pudrowanymi perukami w zakurzonych salonikach. Między słowami można wyczytać też zarzut – który okaże się dość istotny w późniejszej dyskusji – muzycznego ograniczenia się do mainstreamowego jazzu i pomijania muzyki free oraz swobodnej improwizacji. „Jazz nie skończył się w 1950 roku!” – grzmi Léandre. Oskarżycielski list zaproponowała redakcji cenionego francuskiego miesięcznika „Jazz Magazine”, ale spotkała się z odmową. Angielskie tłumaczenia tekstu zostały więc opublikowane między innymi przez pismo „The Wire” oraz redagowany kolektywnie, opiniotwórczy blog „The Free Jazz Collective”, wywołując, zwłaszcza na tym ostatnim, dość gwałtowne reakcje.

 

Część komentujących wytykała autorce afektowany ton – tak, pojawia się w liście słynna fraza „J’accuse” – i pretensjonalny styl, które mogły sprawić, że list nie zostanie potraktowany serio, lecz raczej jak niewarta uwagi histeria ekscentrycznej ciotki-wariatki, a nie poważnej artystki, którą przecież Léandre jest. Zauważano – jak zwykle w tego typu dyskusjach – że udział kobiet we francuskim jazzie (poza wokalistyką, jak wszędzie), naprawdę jest jednak zauważalnie mniejszy niż mężczyzn. Nawet jeśli – kontrowano – to na kapitule nagrody ciąży obowiązek nie tyle dokumentowania obecnego stanu sceny muzycznej, co pobudzania jej do zmiany. Zwracano uwagę, że w muzyce free jazzowej i improwizowanej liczba regularnie koncertujących i wydających płyty kobiet jest nieporównanie większa niż w tzw. jazzowym mainstreamie. Z jednej strony może to oznaczać, że jazz, który szczycił się jeszcze niedawno statusem ruchu – oczywiście w bardzo ograniczonym społecznie zakresie, ale jednak – progresywnego, stał się nurtem konserwatywnym. Z drugiej strony – czy należy wymagać od organizatorów dość określonej stylistycznie imprezy, żeby przejmowali się dokonaniami twórców awangardowych, skoro te dwa światy rozeszły się już dawno temu?

 

Pojawiały się i liczby (twierdzono, że odsetek kobiet we francuskim mainstreamie wynosi prawdopodobnie około pięciu procent, w amerykańskim – około dwudziestu procent), które nie mają jako argumenty jakiejkolwiek wartości, bo nie wynikają z żadnych badań, a jedynie z obarczonych tysiącami możliwych błędów szacunków autorów. Niektórzy wskazywali na możliwość wystąpienia pewnej anomalii – bo jednak rok temu nagrodę Victoire du Jazz w kategorii „muzyk roku” zdobyła perkusistka Anne Paceo – i wymieniali inne niż seksizm powody nieuwzględniania kobiet w tego typu rankingach. Na przykład zauważono, że pośród kilkudziesięciu recenzentów tworzących „The Free Jazz Collective” nie ma ani jednej kobiety. Czy to już oznacza seksizm i forsowanie męskiego punktu widzenia? W odpowiedzi redakcja zwraca uwagę, iż od dawna aktywnie i publicznie poszukuje recenzentek, a sam fakt, że ten apel pozostaje bez odpowiedzi, to jednak inna sprawa (choć niewątpliwie dająca do myślenia). Przejrzano też wykaz kilkudziesięciu pozycji w zestawieniu płyt roku 2016. Okazało się, że obecność albumów nagranych przez kobiety jako liderki lub współliderki oscylowała w granicach pięćdziesięciu procent – co może dowodzić, że przy odpowiedniej dozie świadomości problemu i samokontroli mechanizmy działania stereotypów da się jeśli nie wyeliminować, to przynajmniej wydatnie ograniczyć.

Kilka miesięcy przed sporami wokół listu w sprawie Victoires du Jazz na stronie „Do the M@th” Ethana Iversona – amerykańskiego pianisty znanego tria The Bad Plus, ale też cenionego publicysty – ukazała się jego rozmowa z innym pianistą, Robertem Glasparem. Ten ostatni dzieli się swoimi refleksjami na temat kobiecego sposobu odbierania muzyki, twierdząc, że kobiety nie lubią typowych jazzowych solówek, za to „odpływają” podczas słuchania transowego groove’u, „a powtarzający się motyw działa na nie niczym muzyczna łechtaczka”. Co było dalej, łatwo przewidzieć: burza w mediach społecznościowych (choć sprawa pojawiła się również w artykule For Women in Jazz, a Year of Reckoning and Recognition w „New York Timesie”) i oskarżenia o seksizm tak autora cytowanych słów, jak i przeprowadzającego wywiad, który nie czuł się w obowiązku na nie zareagować.

 

I owszem, sformułowanie Glaspara wydaje się co najmniej niezgrabne, ale jak zwykle wyjęte z kontekstu sprawia o wiele gorsze wrażenie niż w toku oryginalnego wywodu. Jazzowa solomania – a zatem męska specjalność – jest przez Glaspara oceniana dość negatywnie, a owo „odpływanie na groovie” jest, owszem, przejawem słuchania emocjonalnego i aintelektualnego, ale jednocześnie ocenianym pozytywnie kierunkiem, w którym ze względów artystycznych powinni podążać, i już podążają, muzycy jazzowi z Herbiem Hancockiem i samym Glasparem na czele. Czy słowa pianisty potwierdzają zatem, czy kwestionują seksistowską opozycję „emocjonalne, bierne, kobiece, gorsze – intelektualne, aktywne, męskie, lepsze”?

 

Iverson opublikował później swoją odpowiedź, w której zaznaczył, że sam jest obyczajowym liberałem i feministą, ale, po pierwsze, w swoich wywiadach pozwala raczej wypowiedzieć się muzykom, rzadko wchodząc z nimi w poważne spory, a po drugie – ataki na niego są wyrazem lenistwa i braku odwagi typowych dla amerykańskiej lewicy, której łatwo zgrywać prawomyślność, obrzucając inwektywami niszowego artystę, a jednocześnie nic nie robić z mającą olbrzymi społeczny wpływ kulturą hiphopową, która ocieka wręcz nieskrywanym mizoginizmem. „Między innymi dlatego Trump wygrał! – wścieka się Iverson. – Prawica jest monolitem, a zbyt wielu po lewej stronie cieszą małe zwycięstwa polegające na przywaleniu innemu najbliższemu lewicowcowi”. Ta replika sprowokowała z kolei do odpowiedzi innego pianistę jazzowego, Vijaya Iyera, który napisał: „»Jestem liberałem i feministą« mówi facet, który przeprowadził wywiady z czterdziestoma dwoma mężczyznami i nie przeprowadził wywiadu z żadną kobietą”…

 

I tak dalej. W tym momencie zatrzymałem się na śledzeniu dyskusji, aby sprawdzić swoje archiwum. Okazuje się, że na 316 wywiadów, jakie sam lub wespół z redaktorem Januszem Jabłońskim przeprowadziłem z muzykami jazzowymi i improwizatorami przypadło 287 mężczyzn i 29 kobiet, co daje wynik 9,17% kobiecego udziału. Nie wiem, czy to rezultat dobry, czy zły, chociaż trzeba zauważyć, że z biegiem czasu współczynnik feminizacji zdecydowanie wzrasta. A w gronie artystek, z którymi rozmawialiśmy, była oczywiście Joëlle Léandre.

 

Której list – dodam dla porządku – do dziś pozostał bez oficjalnej odpowiedzi.