Królewicze i artyści

Article_more
Królowa Marysieńka narzekała, że jej ukochany syn Aleksander trwoni majątek na „francuskich lokajów, kucharzy i muzykantów tej nacji”, płacąc im po królewsku, choć dawno nie stało tronu. Na kucharzy się nie opłaciło rujnować, ale „muzykanci” byli najlepszą inwestycją Sobieskich.

Synowie Jana III Sobieskiego nie mają dobrej prasy, przylgnęła do nich opinia – excusez le mot – bęcwałów, rozpuszczonych bachorów nie dorastających ojcu do pięt. Wiadomo, francuskie geny wzięły górę i progenitura wiedeńskiego triumfatora przyniosła Polsce wstyd. Opinia krzywdząca, bo wprawdzie królewicze w polityce się nie odnaleźli (albo raczej polityka ich nie odnalazła), prowadzili „nieuporządkowane życie erotyczne” (głównie Aleksander i Konstanty), ale za to z poświęceniem wspierali artystów. Słowo „poświęcenie” jest jak najbardziej na miejscu, bo pieniędzy na ten mecenat brakowało. Po śmierci Jana III osierocona rodzina musiała zacisnąć pasa. Na królewskie apanaże nie można było liczyć, w 1697 roku elektor saski Fryderyk August Wettyn zasiadł na polskim tronie jako August II.

 

Najstarszy z Sobieskich, królewicz Jakub, ożenił się z księżniczką neuburską Jadwigą Elżbietą Amalią, która w posagu wniosła mu księstwo oławskie, czyli miasto Oławę „z zamkiem i innymi dobrami, wsiami, karczmami, polami, wodami, poddanymi i mieszkańcami, łąkami, lasami”, więc miał gdzie się schronić. Natomiast młodsi Aleksander oraz Konstanty wyjechali na wezwanie matki do Rzymu.

 

Obiad albo opera
Nie ukrywali, że się nad Tybrem nudzą, choć Święte Miasto plotkowało o skandalach z ich udziałem. Szczególnie Aleksander, który nigdy się nie ożenił, miał talent do wplątywania się w miłosne awantury. Najsławniejsza była awantura o kurtyzanę Tollę, obdarzoną talentem i do śpiewu, i do miłości oraz pojemnym sercem. Romansowała najpierw z młodym księciem Gaetanem Sforzą Cezarinim, ale potem wybrała braci Sobieskich, ku wściekłości Włocha, który zranił Tollę w policzek, gdy śpiewała pod oknami rzymskiego pałacu Marii Kazimiery. Królowa i jej synowie poczuli się obrażeni, a ciąg dalszy tej awantury nadaje się na poemat narodowy w XII księgach: „Pani Tolla czyli ostatni zajazd na Watykan”. Inaczej trudno wytłumaczyć, dlaczego Marysieńka walczyła z papieżem jak lwica w obronie kobietki lekkich obyczajów, rujnującej jej synów. Matce klejnoty wykradali ze szkatuły, żeby miłość Tolli opłacić, więc rozsądniej byłoby taką awanturnicę w klasztorze zamknąć. Chyba że faktycznie bosko śpiewała.

 

Trzeba bowiem przyznać, że nie tylko na uciechy ciała rujnowali się Sobiescy. O duchu też nie zapominali. Aleksander wstąpił do rzymskiej Arkadii, skupiającej poetów, i kierował teatrem na dworze matki. Był w nim reżyserem, scenografem, a czasem i tancerzem. Maria Kazimiera chwaliła jego gust i sukcesy. Twierdziła, że choć z braku środków żyją w źle ogrzanym pałacu i gorzej jedzą, to na teatr pieniądze zawsze muszą się znaleźć. Królowa kochała oczywiście muzykę, wracającego z wyprawy wiedeńskiej męża witała podobno marszem triumfalnym wygrywanym na klawikordzie, otrzymanym w darze od cesarza Leopolda, ale przede wszystkim rozumiała siłę sztuki oddanej na usługi polityki. Drammi per musica miały przypominać o chwale rodu Sobieskich i budować pozycję mecenasów, więc pieniądze na artystów musiały się znaleźć.

 

Na dworze w Oławie
W rzymskim teatrze Marysieńki występowali doskonali śpiewacy, między innymi Anna Maria Giusti detta La Romanina, znana ze swoich ról we wczesnych weneckich operach Vivaldiego, i tak wybitni instrumentaliści jak lutnista Silvius Leopold Weiss. Protekcja Sobieskich była dla ich kariery więcej niż ważna.

 

Weiss urodził się prawdopodobnie w Grodkowie, wychowywał we Wrocławiu i już jako siedmiolatek zaczął występować, a gry „cudownego dziecka” słuchał sam cesarz Leopold Habsburg. Lutnistę i zdolnego kompozytora przyjmowały także dwory w Düsseldorfie i w Insbrucku, ale dopiero Rzym stał się dla dwudziestoletniego Weissa trampoliną do sławy najwybitniejszego lutnisty swojej epoki i ostatniego z wielkich wirtuozów tego instrumentu w Europie. Król pruski Fryderyk II nazwał go „największym artystą wszech czasów”. Niezrównany w sztuce improwizacji, stanął nawet do pojedynku z Johannem Sebastianem Bachem, który odwiedził dwór drezdeński.

To królewicz Aleksander ściągnął Weissa do Rzymu w 1708 roku. Poznał go we Wrocławiu albo w Oławie, w której bywał bardzo często. Dwór Sobieskich olśniewał, choć dobra oławskie nie przynosiły wielkich dochodów. Renesansowo-barokowy pałac, dzieło włoskich mistrzów (dziś siedziba Urzędu Miejskiego), godny był królewskiej krwi, królewicz Jakub sporo zainwestował w wyposażenie wnętrz, nowy ogród, zwierzyniec i bażanciarnię. Splendoru dodawał także oddział stu janczarów, noszących barwę Sobieskich, oraz kapela grywająca w czasie posiłków i uroczystości dworskich.

 

Paszport dla wenecjanina
Sądząc po składzie, Sobiescy uruchomili korytarz artystyczny Śląsk–Italia. Ślązaków zabierali do Włoch, a Włochów ściągali na Śląsk. W 1704 roku Aleksander zdecydował się wysłać kapelmistrza oławskiego zespołu, Anastazego Linguę, do Wenecji. Lingua stamtąd pochodził, do powrotu skłoniły go sprawy rodzinne. Zachował się paszport muzyka wydany przez biskupa wrocławskiego Franza Ludwiga von Pfalz-Neuburga, szwagra Jakuba Sobieskiego. Samego Jakuba nie było, Aleksander siedział w Oławie w pojedynkę, bo braci porwał mu i uwięził August II Mocny. Trwała wojna północna, Jakub zgłosił pretensje do tronu polskiego, więc August zdecydował się na manewr wyprzedzający. Może dziwić, że Aleksander w takiej chwili zajmował się muzyką, ale mecenat artystyczny był dla niego azylem. Kto wie, czy nie jedynym.

 

Aleksander zarobił na fatalną opinię, wytykano mu pychę, próżniactwo, sybarytyzm. Gdy Jakub i Konstanty zostali uwięzieni, król szwedzki Karol XII zaproponował Aleksandrowi koronę, ale on – ku rozpaczy Marysieńki – odrzucił propozycję, tłumacząc się obawą o bezpieczeństwo braci. Być może krył w sobie upokorzoną dumę i poczucie klęski, doznanej przez rodzinę po śmierci Jana III Sobieskiego, i bronił się przed następnym zranieniem. Gdy w 1714 roku jego zdrowie zaczęło się gwałtownie pogarszać (chorował na gościec), uciekł w ascezę. Wstąpił do zakonu kapucynów i umarł w mnisim habicie. Miał zaledwie trzydzieści siedem lat. Pozostawił po sobie rozpaczającą matkę, dla której był ukochanym „Minionkiem”, i wstrząśniętego brata Jakuba, szukającego wśród lekarzy winnego tej przedwczesnej śmierci. Pozostawił też artystów, którzy nagle musieli radzić sobie bez protektora. Na szczęście przejął ich w spadku najmłodszy Sobieski, królewicz Konstanty.

 

Rzymianka we Wrocławiu
„A u królewicza Imci para pistoletów, fuzja, beczka wina, flaszek i kieliszków kryształowych puzderko” – pisał spowiednik Konstantego, ks. Franciszek Wolski, któremu niesforny penitent zalazł za skórę. Marysieńka miała z nim krzyż pański, bo ożenił się po cichu ze zwykłą szlachcianką, Marią Józefą z Wesslów, poznaną jeszcze na dworze Jakuba, potem próbował to małżeństwo unieważnić, a w chwili gdy małżonka (raczej wyrachowana) schroniła się do klasztoru, poszukał zastępstwa w łożu. Ale jeśli chodzi o sztukę, dokonywał dobrych wyborów. Protegowana Aleksandra i królowej Marysieńki, Anna Maria Giusti, La Romanina (Rzymianka), znalazła w nim dobrego opiekuna.

 

Konstanty mieszkał we Wrocławiu, prawdopodobnie niedaleko klasztoru dominikanów i Bramy Piaskowej. Nie miał takiego zaplecza finansowego jak Jakub w swoim księstwie oławskim, zaopatrzenie musiał ściągać z Żółkwi, więc jego budżetowi ciągle groziło załamanie. Ale na pewno nie był to człowiek zainteresowany jedynie beczką wina i fuzją. Kolekcjonował sztychy, zajmował się sztuką ogrodniczą i utrzymywał kapelę. Wziął też udział w ważnym przedsięwzięciu artystycznym – zorganizowaniu teatru operowego i sprowadzeniu włoskiej kompanii. Inicjatywa wyszła oficjalnie od biskupa Neuburga i „grafów”, miejscem występów miał być dom gry w piłkę, tzw. Ballhaus na Nowym Mieście, a dyrektor muzyczny i kapelmistrz został wyznaczony – na prośbę namiestnika cesarskiego Czech, hrabiego von Sporcka – przez Antonia Vivaldiego. Został nim niemiecki kompozytor Daniel Gottlieb Treu (znany też jako Daniele Teofilo Fedele).

 

Nic w tym zaskakującego, bo Vivaldi był nie tylko kompozytorem i skrzypkiem, lecz także agentem koncertowym, anteprenerem współpracującym z dyrektorami trup teatralnych. Grupa wrocławska składała się ze znakomitych muzyków, a Giusti, wirtuozka Sobieskich, czołowa gwiazda teatrów włoskich, musiała wzbudzać zachwyt. Pierwsze przedstawienie odbyło się 26 maja 1725 roku, wystawiono Orlando furioso Antonia Bioniego, a wrocławian zachęcono do przyjścia efektowną reklamą – aktorzy i śpiewacy jechali ulicami miasta w weneckiej gondoli (zrobił ją scenograf Bernardo Canale, ojciec malarza Canaletta), którą ciągnęło czterech siłaczy. Giusti stała opasana szarfą z napisem „wirtuoza księcia Konstantyna”. Mecenas musiał być usatysfakcjonowany.

 

Giusti występowała we Wrocławiu do wiosny 1726 roku, do momentu wyjazdu do Żółkwi królewicza Konstantego. Był już wówczas poważnie chory na podagrę, niewydolność krążenia i cukrzycę. Jakby tego było mało, jego żona Maria Józefa (z którą się zszedł i mieszkał we Wrocławiu) urodziła ponoć martwego syna, co Konstantego załamało. Zmarł latem, mając zaledwie czterdzieści sześć lat, a Giusti już do Wrocławia nie wróciła. Operze wrocławskiej ubyła największa atrakcja. Artystka i jej królewicz okazali się niezastąpieni.