Wydanie: MWM 04/2018

Na nowo

Article_more
Niełatwo być wiolonczelistą. Nie dość, że instrument duży i nieporęczny, wymagający osobnego miejsca w samolocie, nie sposób na nim grać inaczej niż na siedząco, to jeszcze repertuar solowy z okresu klasyczno-romantycznego jest dość ograniczony. Mozart nie napisał nic na wiolonczelę, a przez cały XIX wiek pokutowało przekonanie, że beczy ona jak owca i nie jest godna wirtuoza.

Niektórzy śmiałkowie pokroju Schumanna czy Dvořáka odważyli się jednak napisać na nią koncerty, wzbudzając ogólny podziw, ale wielu ich nie było. Kilka dobrych sonat, i to wszystko. Co innego muzyka barokowa: tam repertuaru na wiolonczelę jest pod dostatkiem, ale dzisiaj publiczność wymaga jeśli nie gry na instrumencie historycznym, to przynajmniej świadomości ówczesnej praktyki. A to już oznacza opanowanie niemalże nowej dziedziny. Drugim obfitym źródłem repertuaru jest muzyka XX wieku i najnowsza, za którą wprawdzie publiczność filharmoniczna nie przepada, ale wiolonczeliści zmuszeni są tę niechęć przełamywać. Z korzyścią zresztą: w tym roku po raz pierwszy w finale warszawskiego Międzynarodowego Konkursu Wiolonczelowego im. Witolda Lutosławskiego koncert patrona imprezy był dziełem obowiązkowym i dzięki temu otrzymaliśmy cztery intrygujące odczytania tej partytury.

 

Lutosławski nie napisał na wiolonczelę zbyt wiele, jednak program konkursu promuje szeroko pojętą muzykę współczesną, młodzi artyści grają więc i Schnittkego, i Brittena, i nowsze utwory Pawła Szymańskiego, Krzysztofa Pendereckiego, Jerzego Bauera. Dołączył do nich w tym roku Dariusz Przybylski, który napisał specjalnie na konkurs utwór obowiązkowy: Out na wiolonczelę solo. Rzecz to niezbyt długa, bo pięciominutowa, ale dla słuchacza atrakcyjna, najeżona wirtuozowskimi trudnościami, wymagająca nie tylko sprawności technicznej, ale też wyobraźni dźwiękowej. Grana w drugim etapie, w parze z Grave Lutosławskiego, natychmiast ujawniała, kto szuka porządku, a kto fantazji, kto słucha melodii, a kto spełnia się w poszukiwaniu bogactwa brzmień wydobywanych z instrumentu, dla kogo karkołomny flażolet czy mikrotonowa chmurka są tylko uciążliwymi zakłóceniami muzycznej opowieści, a kto znajdzie w nich właśnie materiał dla osobistej wypowiedzi.

Dariusz Przybylski pisze utwory w dość umiarkowanej estetyce, zakorzenione w postmodernistycznej swobodzie czerpania z różnych źródeł. Wiele w nich z tradycji, ale też, jak w przypadku Out, bywa to tradycja awangardy (to nie oksymoron: skoro obchodziliśmy ostatnio stulecie awangardy, ma ona z pewnością swoją tradycję). Co z gestów dźwiękowych składających się na Out pochodzi z palety środków sonoryzmu lat sześćdziesiątych, co od Lachenmanna, a co jest własnym wynalazkiem twórcy – to rozstrzygnięcia dla analityków. Mamy tu do czynienia z utworem o użytkowym charakterze, chociaż na tyle ciekawym, powabnym, intrygującym, żeby dało się go wprowadzić w szeroki obieg. Wiolonczeliści mogą wplatać go do swoich recitali pomiędzy sonaty Brahmsa i Debussy’ego. Będzie troszkę wystawał – ale tylko na tyle, aby zaznaczyć swoją odrębność. Można go też zagrać na bis, po Koncercie wiolonczelowym Lutosławskiego – Out zawiera bowiem wyraźne nawiązanie do utworu mistrza. To wszystko ważne cechy, bo coraz częściej taką metodę wprowadzania nowszych kompozycji spotyka się w repertuarach koncertów. Czasy unikania nowej muzyki wydają się powoli przemijać, obiegi zaczynają się przenikać.

 

Przepięknie program swojego recitalu prezentowanego w Filharmonii Narodowej w lutym skomponował śpiewak Marc Mauillon. Wystąpił solo, bez żadnego instrumentu poza własnym głosem, który ma z pewnością granice możliwości (od skali poczynając), jednak pozostając wewnątrz nich, artysta zachwycił nie tylko mnie repertuarem barw, artykulacji, natężeniem ekspresji aktorskiej. Materiał był trudny: średniowieczna monodia bez akompaniamentu. Pomiędzy te ascetyczne pieśni Mauillon powplatał XX-wieczne kompozycje Giacinta Scelsiego, Georgesa Aperghisa czy Meredith Monk, powodując wzajemne pobudzanie się średniowiecznego i nowoczesnego repertuaru, obopólny rezonans, definiowanie, kwestionowanie, komentowanie. Nowe utwory pozwoliły zastanowić się nad bardzo starymi, nad ich aktualnością, konwencją, charakterem. Tak dzisiaj praktyka muzyczna żywi się przeszłością. Najpiękniej jest, kiedy czyni to inteligentnie.