Wydanie: MWM 04/2018

Memento

Article_more
Czasem słyszę, że w sali koncertowej powinno być miło i przyjemnie, bo przecież „muzyka łagodzi obyczaje”, „pozwala oderwać się od codzienności i zapomnieć o rzeczywistości”, „muzyka to taka piękna sztuka”, „zapłaciłem za bilet, więc wymagam” albo „muzyka to niezbędny komponent w dostarczaniu relaksu”. Wtedy budzi się we mnie głęboki sprzeciw i niezgoda.

Zdaję sobie sprawę, że pewnie zdecydowana większość stworzonych przez człowieka dźwięków służy, bądź służyła, rozrywce, jednak mam ochotę krzyczeć: „NIE!”. Sztuka nie istnieje tylko po to, by bawić, zapewniać rozrywkę. Albo inaczej – chcę obcować z taką sztuką, która niepokoi, napomina, przestrzega, burzy pozorny spokój i złości. Nie jest odtrutką na szarość życia, ale uświadamia, jak życie może być straszne i okrutne; bez ogródek przypomina, że człowiek jest ułomny i czyni zło.

 

Znalazłoby się wiele dzieł brzmiących jak memento, wzywających do opamiętania się, ale jedno – niełatwe, acz bardzo kunsztowne – warto wziąć sobie szczególnie do serca. Nawet jeśli trzeba na prawie dziewięćdziesiąt minut wytężyć więcej sił niż zwykle. Skomponował je Benjamin Britten. Był on absolutnym pacyfistą, gdyż należał do pokolenia wzrastającego w cieniu Wielkiej Wojny, dojrzewającego w poczuciu grozy, jaką niesie ze sobą nowoczesna, bezduszna machina wojenna. Britten miał niespełna pięć lat, kiedy we Francji, niemal w przededniu zawieszenia broni, zginął żołnierz-poeta Wilfried Owen – jedna z milionów ofiar bezsensownej rzezi. Jego wiersze, ukazujące tragizm i wojenną grozę, ponad czterdzieści lat później wykorzystał w jednym ze swoich najbardziej poruszających dzieł – Requiem wojennym (1961–1962). To zresztą niejedyna symboliczna okoliczność, War Requiem pisał bowiem Britten ze specjalnym przeznaczeniem. Miało uświetnić konsekrację nowej katedry w Coventry, zbudowanej w miejsce gotyckiej świątyni, zniszczonej przez Luftwaffe w listopadzie 1940 roku. Splatają się więc w tym wielkim, nieliturgicznym utworze odniesienia do dwóch jak dotąd najkrwawszych konfliktów wojennych w dziejach ludzkości. Bardzo to wymowne.

Requiem wojenne op. 66 angażuje ogromne siły wykonawcze: troje solistów, chór chłopięcy i „zwykły” – mieszany, organy i wielką orkiestrę symfoniczną. Ale, paradoksalnie, Britten za wszelką cenę unika brzmienia potężnego, jakby bał się pompatyczności. Cały aparat wykonawczy zaangażowany jest jednocześnie praktycznie raz, przez niedługą chwilę w samym zakończeniu requiem. Dodatkowo brzmi jakby z użyciem tłumika – delikatnie i cicho. Koncepcja całości wiązała się bowiem z przestrzennym rozstawieniem wykonawców i wyraźnym rozróżnieniem trzech płaszczyzn, trzech różnych dramaturgicznie „rzeczywistości”, na których rozgrywa się muzyczna akcja tego wielkiego oratorium. Na pierwszym planie wyeksponował Britten brutalny realizm wojny – zniszczenie, okrucieństwo i śmierć – oddane w wierszach Owena. Głosom męskim (tenorowi i barytonowi) towarzyszy orkiestra kameralna. Angielska poezja „kontrapunktuje” plan drugi, czyli przestrzeń łacińskiego rytu mszy za zmarłych, z nieodzowną sekwencją Dies irae, opisującą dzień sądu ostatecznego. Tutaj pojawiają się sopran solo, chór i orkiestra symfoniczna. Obydwie płaszczyzny przeplatają się i uzupełniają, ale się nie łączą. Wreszcie plan trzeci, który, jak to trafnie ujął Andrzej Tuchowski, polski monografista Brittena, „symbolizuje świat ideałów chrześcijańskich – czystość, niewinność, miłosierdzie. Jest on jakby przedmiotem marzeń, miejscem duchowej ucieczki, schronieniem dla ludzi osaczonych przez zło”. W muzycznej materii przedstawia go chór chłopięcy i organy. Owa kraina wydaje się tak daleka, że aż nierealna. Bardzo to wymowne.

 

Czysto muzycznej symboliki, chwilami pokrewnej retoryce barokowo-klasycznych figur, w Wojennym requiem nie brakuje. Niezwykłą rolę odgrywają dysonanse, a wśród nich tryton – „symbol bólu, żałoby, ale i ostrzeżenia”; trąbki wprost kojarzą się z orkiestrą wojskową. Zresztą odnieść można wrażenie, że sekwencję o sądzie ostatecznym, mitycznym „dniu gniewu”, postanowił Britten umieścić w przestrzeni pooranych okopami, tonących w błocie pól bitewnych Flandrii. Jakby chciał uświadomić każdemu, jakiego piekła na Ziemi doświadczyło „stracone pokolenie” żołnierzy lat 1914–1918. „Delikatne” zakończenie War Requiem, kołysanka dla poległych wrogów (Let us sleep now), których duchy spotykają się w zaświatach – służy za upiorne memento, uspokojenia nie niesie.

 

War Requiem łatwe nie jest. W czasach gdy znów pobrzmiewają niedorzeczne brednie na temat wojny (która rzekomo „hartuje charaktery”), kiedy ludzkość dziwnie zapomina o tym, jak bezcenną wartością jest poszanowanie godności i czym jest pokój – dzieło Brittena zyskało na aktualności. Bardzo to wymowne.