Wydanie: MWM 05/2018

Muzyczny tłumacz

Article_more
W partyturze tkwi jedyna słuszna prawda dla każdego wykonawcy. Prawda, której powinien się trzymać i do której powinien dążyć, budując własną interpretację. Nigdy nie wolno przekroczyć cienkiej linii między kreowaniem własnej wizji utworu a pisaniem go na nowo.

Maciej Łukasz Gołębiowski: Nigdzie w oficjalnych biogramach nie znalazłem informacji, jak i kiedy zaczęła się pana przygoda z muzyką. Czy to był przypadek, czy może kontynuacja tradycji rodzinnych?

Andrzej Boreyko: Urodziłem się i pierwsze sześć lat swojego życia spędziłem w Poznaniu, gdzie moja matka tańczyła w zespole baletowym Teatru Wielkiego. Nie było jej stać na opiekunkę, więc zabierała mnie do pracy. Tam po raz pierwszy, jeszcze zanim nauczyłem się chodzić i mówić, zetknąłem się z piękną muzyką. Zapewne głównie baletową, ale nie tylko. Po wyjeździe do Petersburga matka planowała dla mnie karierę tancerza i chciała wysłać do słynnej szkoły Waganowej, ale przyjmowano tam tylko chłopców, którzy ukończyli dziesiąty rok życia. Najpierw zostałem więc wysłany do petersburskiej Capelli. To najstarsza wciąż działająca instytucja muzyczna w Rosji. Początki szkoły sięgają 1749 roku, a jej absolwentami byli i są najsłynniejsi pianiści, dyrygenci i śpiewacy. Po dwóch latach nauki, było już jasne, że tancerzem nie zostanę. Wolałem grać na fortepianie, śpiewać i komponować. Ostatecznie spędziłem w Capelli dziesięć lat i ukończyłem ją w 1974 roku. Wtedy, myśląc o zawodzie kompozytora, poszedłem do konserwatorium, najpierw na dyrygenturę chóralną i kompozycję, a potem zdecydowałem się jednak na dyrygenturę symfoniczną i ostatecznie porzuciłem pierwotny plan.

 

Nigdy po studiach nie usiadł pan już nad pustą kartką w pięciolinię?

Przez wiele lat nie dotykałem kompozytorskiego pióra, ale przyznaję, że ostatnio coraz częściej myślę, by do tego wrócić. Na razie w swoich próbach ograniczyłem się do muzyki fortepianowej i wyłącznie do użytku domowego, ale kto wie? Orkiestrę poznałem już na tyle dobrze, że kusi mnie, by napisać jakiś utwór na większy skład. Dyrygenci dość często na pewnym etapie życia zaczynają komponować. Z różnym efektem oczywiście. Niektórym idzie to tak dobrze, że zaczyna się o nich nawet częściej mówić jako o pełnoprawnych kompozytorach niż dyrygentach.

 

Czy jakieś pierwsze, studenckie próby kompozytorskie wciąż podpisałby pan swoim nazwiskiem?

Wtedy wszystko, co komponowałem, wydawało mi się znaczące i warte uwagi. Pamiętam, że napisałem sonatę i kilka drobniejszych utworów na fortepian, kwartet smyczkowy i prawie skończony w wyciągu fortepianowym balet. Z perspektywy czasu uważam jednak, że żaden z tamtych utworów nie jest dziś wart, by się nad nim pochylać i gdziekolwiek go grać. Jeśli kiedykolwiek chciałbym pokazać publiczności moją muzykę, to tylko tę, którą może jeszcze skomponuję.

 

Jaka jest z pana perspektywy rola dyrygenta we współczesnej orkiestrze?

To bardzo trudne pytanie. Dzisiejsi muzycy są zupełnie inni niż sto, a nawet dwadzieścia lat temu. Z jednej strony w większości są dużo lepiej wykształceni. Z drugiej strony dysponują dostępem do takich technologii, o których sam nawet nie marzyłem, będąc studentem. Dziś wystarczy dostęp do internetu, by nie tylko słuchać niezliczonych interpretacji każdego z kanonicznych utworów, ale także obserwować pojedyncze gesty uznanych dyrygentów i w ten sposób budować swój warsztat. W ubiegłym stuleciu każdy dyrygent zdobywał doświadczenie stopniowo, ucząc się przede wszystkim na własnych błędach. Nie istniało bowiem coś takiego, jak uniwersalna technika, której można się było nauczyć z podręcznika. Ta własna, opracowywana przez długie lata metoda, była charakterystyczną cechą każdego wielkiego dyrygenta. Dziś dużo łatwiej jest coś podpatrzeć i skopiować. Druga sprawa to interpretacja. Kiedyś siedziało się z partyturą. Obecnie jest inaczej; sam znam młodych dyrygentów, którzy zamiast w nutach szukają inspiracji na Spotify, słuchając dwudziestu wykonań jakiejś symfonii. Stamtąd biorą tempa, zmiany dynamiki, frazowanie, a bardzo często ignorują to, co kompozytor zawarł w zapisie. Tymczasem to w partyturze tkwi jedyna słuszna prawda dla każdego wykonawcy. Prawda, której powinien się trzymać i do której powinien dążyć, budując własną interpretację. Nigdy nie wolno przekroczyć cienkiej linii między kreowaniem własnej wizji utworu a pisaniem go na nowo. Często mówię, że dyrygent to taki muzyczny tłumacz. Łącznik pomiędzy kompozytorem a słuchaczami. Ważne, by tłumaczenie było rzetelne, bo tylko wtedy jest wartościowe.

 

Czy to dążenie do prawdy nadal usprawiedliwia arbitralne narzucanie orkiestrze jedynie słusznego wykonania?

Takie podejście jest już częścią historii. Mogli sobie na to pozwolić tacy giganci, jak Toscanini, Furtwängler czy Mrawiński. Dziś swoją postawą trzeba przekonać muzyków w orkiestrze, żeby z własnej woli chcieli zrealizować koncepcje dyrygenta. Trzeba im pokazać, że się naprawdę kocha swoją pracę, a utwór zna się na wylot i dokładnie wie, jak poprowadzić zespół, by zabrzmiał tak, jak powinien zabrzmieć zgodnie z intencją kompozytora. Dobry dyrygent to nie tylko muzyk, ale też psycholog, pedagog, a czasem nawet filozof, historyk sztuki czy archiwista. Do każdego zespołu trzeba mieć indywidualne podejście i znaleźć taki język słów oraz gestów, który zainteresuje i przekona muzyków. To dziś jedyna skuteczna metoda pracy.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.