Wydanie: MWM 05/2018

Muzyka jako wolność i jako narzędzie manipulacji: 1939–1945

Article_more
Muzyka na terytoriach startej z map Polski, znajdujących się pod okupacją III Rzeszy, to terytorium walki – podobnie jak inne dziedziny zarówno życia, jak i sztuki. W przypadku byłych obywateli Rzeczpospolitej to walka o psychiczne przetrwanie, o ludzką godność samostanowienia, o duchowe przestrzenie wolności, swobodę myślenia i odczuwania.

Dla władz okupacyjnych muzyka i zakres pozostawianej swobody stały się użytecznymi metodami manipulacji poszczególnymi grupami etnicznymi zamieszkującymi te tereny. Jednym z kluczowych aspektów była też kwestia ekonomiczna. Pauperyzacja muzyków – podobnie jak całego polskiego społeczeństwa – była jednym z celów okupantów i stanowiła część szerszego planu, wraz z polityką aprowizacyjną, sprowadzającą się do ograniczania racji żywnościowych grupom, które miały funkcjonować tylko na tyle, na ile było to konieczne dla organizacji życia w III Rzeszy oraz podległych jej obszarach.

 

We wrześniu i w październiku 1939 roku polscy muzycy, pracujący przed wojną jako krytycy muzyczni, dyrygenci chórów, filharmonii, oper, kierownicy artystyczni, wydawcy, muzycy orkiestrowi, sławni soliści, pedagodzy w konserwatoriach utracili dotychczasowe źródła dochodów. Kompozytorzy nie mogli już tworzyć na zamówienia Polskiego Radia, kabaretów i teatrów, wytwórni płytowych, jak słynna „Syrena Record”, czy kinematografii, ponieważ wszystkie te instytucje decyzją okupantów przestały istnieć lub zostały przekazane pod zarząd niemiecki. Muzycy orkiestr Polskiego Radia, filharmonii i oper stali się bezrobotni. W tajnym okólniku Kulturpolitische Richtlinien Urzędu Propagandy Generalnego Gubernatorstwa zalecano, by działalność kulturalną Polaków utrzymywać na jak najniższym poziomie, toteż mimo wysiłków muzyków polskich, którzy dążyli do odtworzenia filharmonicznego życia muzycznego, władze niemieckie zezwoliły jedynie na granie muzyki w kawiarniach, a programy występów objęto cenzurą. W porównaniu do sytuacji na terytoriach wcielonych do Rzeszy życie muzyczne w Generalnym Gubernatorstwie było bogatsze, choć ograniczane do „prymitywnych form rozrywki”, pod warunkiem zarejestrowania się muzyka i uzyskania przezeń specjalnego zezwolenia (Erlaubniskarte).

 

W dzisiejszych czasach przesyconych nadmierną ilością bodźców muzycznych trudno wyobrazić sobie sytuację, gdy filharmonie i teatry operowe są niedostępne, a posiadanie radioodbiornika – zakazane. Ratunkiem dla biedniejszych muzyków i słuchaczy okazywała się muzyka grana na ulicach, dla tych, których stać było na herbatę – muzyka w kawiarniach. Ale czy można było w takich warunkach posłuchać symfonii Mahlera lub choćby Beethovena?

 

Kompozytorzy niearyjskiego pochodzenia stali się zakazani dla aryjczyków, a aryjczycy – zakazani dla Żydów. Segregacja rasowa i wszechobecna cenzura – oto realia, w których mimo wszystko grało się muzykę, w okupowanych miastach i w wydzielonych w nich gettach – dopóki mieszkali w nich ludzie, próbujący zachować choć cząstkę życia kulturalnego. Grali oni i słuchali muzyki w warunkach wyznaczanych przez okupantów i zależnych od statusu poszczególnych poddanych segregacji rasowej grup. Ich egzystencja i stan posiadania ściśle zależały od tożsamości, jaką stwierdzało się z punktu widzenia ustaw norymberskich. Jeśli uznano ich za Żydów, zostawali ograbieni bezlitośnie z wszystkiego. Nowe zarządzenia pozbawiały ich kolejnych praw (posiadania radioodbiorników, wolności poruszania się), a potem także instrumentów, kolekcji nut, wszelkich pamiątek przeszłości muzycznej, dostępu do kultury i nauki. Do tego dochodziła stygmatyzacja przez obowiązek noszenia opasek z gwiazdą Dawida. Czasem w sytuacji, gdy planowanym sposobem zagłady był głód, instrument stawał się przedmiotem wymienialnym na jedzenie, jak na wstrząsającym zdjęciu z getta łódzkiego, na którym skrajnie wychudzony mężczyzna siedzi na ulicy, trzymając skrzypce.

 

W niektórych przypadkach instrumenty towarzyszyły muzykom do ostatniego momentu, przywożone do obozów śmierci. Nawet w Treblince, gdzie mordowani byli Żydzi polscy i przywożeni z różnych zakątków Europy, brzmiała muzyka w wykonaniu zachowywanych przez jakiś czas przy życiu ofiar. Do tej garstki muzyków, którzy wcześniej lub później zostawali ofiarami obozu, należała gwiazda międzywojennej muzyki rozrywkowej – Artur Gold. Ogromnej rzeszy bezimiennych ofiar, w tym muzykujących dzieci, towarzyszy długa litania nazwisk muzyków, których okoliczności śmierci często nie są znane, czasem znana jest przybliżona data, miejsce śmierci. Należy do nich wielki chopinolog Leopold Binental (1886–1944). Zgromadzone przez niego cenne kolekcje zostały rozkradzione przez funkcjonariuszy III Rzeszy, jemu samemu z żoną udało się wyjechać do Francji, został tam jednak później aresztowany i przez obóz Drancy wywieziony do Auschwitz, gdzie zginął zamordowany jako ofiara nienawiści rasowej.

 

Muzycy uznani za aryjczyków – Polaków, musieli jedynie oddać swoje radia, a gdy udało im się uniknąć wysiedlenia z domów, mogli zatrzymać nawet fortepiany. Wolno im było poruszać się w miarę swobodnie, choć na każdym kroku groziły im łapanki, także wtedy gdy udało im się dotrzeć do kawiarni, w której wykonywało się muzykę. Jeśli zaliczyli się w poczet volksdojczów, wówczas mogli liczyć na opiekę III Rzeszy, podobnie jak Niemcy pochodzący z różnych terenów i przesiedlani na terytorium okupowanej Polski. Dla Niemców organizowane było bujne życie kulturalne i muzyczne, dużymi nakładami środków tworzono teatry operowe i filharmonie. Z powodu braku dostatecznej liczby muzyków niemieckich, występowali w nich muzycy polscy, którzy w ten sposób mogli uchronić swoje zagrożone rodziny i czasem przetrwać w razie łapanek.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.