Wydanie: MWM 05/2018

Górecki improwizowany

Article_more
„Ten gość słyszał dźwięki, jakby leciał przez kosmos: płaszczyzny, planety, ponakładane soundy smyczków, współbrzmienia”, wylicza saksofonista altowy i improwizator Maciej Obara. „Po jednym z koncertów i dość mocnych psychodelikach włączyliśmy jego płytę w naszym vanie. Od pierwszych dźwięków poczułem magnetyzm, któremu nie da się oprzeć i którego nie da się pomylić z niczym innym. Słuchaliśmy III Symfonii z zeszklonymi oczami, gapiąc się w ciemność nocy”, wspomina pierwsze spotkanie z jego muzyką inny saksofonista Colin Stetson. Ten jeden z najwybitniejszych polskich kompozytorów otwarcie sprzeciwiał się przetwarzaniu swoich utworów. Mimo to improwizatorzy coraz częściej biorą na warsztat właśnie jego dorobek. Czego szukają i co znajdują w muzyce Henryka Mikołaja Góreckiego?

Odnaleźć się w oceanie

Colin Stetson solowymi koncertami na saksofon kontrabasowy porywa tłumy na największych festiwalach muzyki alternatywnej. Na płycie Sorrow postanowił przemalować najsłynniejsze dzieło Góreckiego, Symfonię pieśni żałosnych, paletą barw, jaka jemu samemu jest najbliższa: mezzosopranem swojej siostry Megan, brzmieniem skrzypiec jego wieloletniej muzycznej towarzyszki Sarah Neufeld czy bębnami grającego na co dzień w metalowym zespole Liturgy Grega Foxa.

 

„Aranżacja w pewnym sensie powstała sama – wspomina swój proces twórczy Colin Stetson. – Muzyka w wykonaniu orkiestry oddycha w określony sposób. Kolejne kontrapunkty przenikają się jak fale: każda jest odrębna, a jednak wszystkie tworzą jeden ocean. Kiedy zacząłem pisać partie dla instrumentów, które są od siebie dźwiękowo bardzo odmienne, nagle rozpostarł się przede mną ten dźwiękowy akwen. Czytałem partyturę Góreckiego, a w głowie słyszałem ją w moim muzycznym języku: w wykonaniu konkretnych instrumentalistów, ich osobowości i miejsc, z których przychodzą”.

 

Weź zagraj, stary!

Pieśni o radości i rytmie Maciej Obara usłyszał po raz pierwszy całkiem niedawno, podczas porannego koncertu w katowickim NOSPR. „To jest dzieło z 1958/1959 roku, które wydaje się »współczechą« – mówi Obara. Zacząłem je analizować, grać na pianie różne voicingi. Non-stop znajdowałem tam odniesienie do polskiej tradycji. Górecki potraktował ją tu może abstrakcyjnie, ale gdy przyjrzeć się temu dokładnie, nagle wszystko wychodzi na wierzch: on siedział po uszy w tym polskim, tradycyjnym soundzie!”.

 

Na odbywającej się po raz dziesiąty Letniej Akademii Jazzu w Łodzi Maciej Obara wraz ze swoim międzynarodowym kwartetem przedstawił program Impressions on Górecki, oparty właśnie na Pieśni o radości i rytmie. „Dzięki temu doświadczeniu zrozumiałem, jak słabo znam naszą muzykę ludową. Nie jestem w stanie odnieść się do własnych korzeni. Zacząłem szukać. Godzinami pracowałem nad nowym brzmieniem: jak, z jaką intencją zagrać te nuty? Siedem prostych dźwięków, jak dla Maryny byś śpiewał, ukochanej swojej, nad rzeką. Weź zagraj, stary! To mnie zafascynowało”.

 

Henrykowi by się to nie spodobało

– mówi mi z uśmiechem David Harrington, gdy pytam go o „wariacje na temat” muzyki Góreckiego. Skrzypek i twórca Kronos Quartet z polskim kompozytorem przyjaźnił się od lat osiemdziesiątych. Wszystkie swoje kwartety smyczkowe Górecki napisał właśnie dla Kronosów – zespołu, którego znakiem rozpoznawczym jest przełamywanie muzycznych granic: zamawianie nowych dzieł u kompozytorów spoza zachodnich kręgów kulturowych czy też reinterpretacja muzyki nieklasycznej: jazzu, popu, muzyki tradycyjnej.

 

Sam kompozytor mówił zresztą otwarcie: „Nikogo nie zmuszam do grania Góreckiego, ale jeśli już ktoś chce wykonywać tę muzykę, powinien robić to tak, jak ja chcę, by była ona wykonywana. Oczywiście interpretacje mogą się różnić, ale na papierze nutowym napisany jest konkretny utwór. Staram się pisać bardzo precyzyjnie”.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.