Wydanie: MWM 06/2012

Jest jeszcze wiele do odkrycia

Wywiad z Jaapem Ter Lindenem
Article_more
Kiedy pomyślimy o tym, co działo się czterdzieści lat temu, kiedy ruch wykonawstwa muzyki dawnej zaczął się rodzić, to dochodzimy do wniosku, że obecnie jesteśmy tak zafascynowani Beethovenem czy Mendelssohnem, jak niegdyś byliśmy pod wrażeniem barokowych mistrzów.

Magdalena Talik: W czerwcu po raz trzeci będzie pan pracował z Wrocławską Orkiestrą Barokową. Jak wspomina pan poprzednie wspólne projekty?

Jaap ter Linden: Od pierwszego spotkania byłem pod wrażeniem poziomu prezentowanego przez muzyków. Są naprawdę dobrzy, szczególnie ujął mnie entuzjazm i uczucie, z jakim podchodzili do pracy nad poszczególnymi utworami. Myślę, że rezultat był naprawdę imponujący i mam doskonałe wspomnienia dotyczące Wrocławskiej Orkiestry Barokowej.

 

Program czerwcowego koncertu będzie w pewnym sensie podobny do tego, jaki wykonywał już pan z orkiestrą. Myślę o wyborze utworów tych samych kompozytorów – Mozarta i Beethovena. To był świadomy wybór?

Nie mógłbym go inaczej nazwać. Ostatnim razem bardzo starannie pracowaliśmy nad II Symfonią Beethovena. Zarówno ja, jak i orkiestra jesteśmy wielbicielami tego faceta. Więc teraz po prostu padło hasło: „Kontynuujmy ten beethovenowski kurs”. Wybrana została VII Symfonia. To była zresztą sugestia orkiestry, która zaproponowała: „Niech będzie Trzecia albo Czwarta lub Siódma”. Zdecydowanie optowałem za ostatnią z nich.

 

Obydwa utwory, które zabrzmią (w tym także Koncert klarnetowy A-dur Mozarta), można śmiało określić mianem przebojów muzyki poważnej. Jakie jest pana zdanie na temat popularnego repertuaru klasycznego? W historii zdarzało się, że niektóre kompozycje „wyeksploatowano” zbyt częstymi wykonaniami. 

Szczęśliwie, ani Siódma Beethovena, ani koncert Mozarta nie znajdują się w grupie ryzyka, czyli po prostu nie są tak popularne jak np. Cztery pory roku Vivaldiego czy Marsz żałobny Chopina. Inna sprawa, że nie wierzę w filozofię, która każe dostrzegać różnicę pomiędzy poszczególnymi utworami. Przejawia się ona w tym, że należy słuchać różnych interpretacji utworu, a potem intensywnie myśleć nad tym, jak wykonać go inaczej. Ja realizuję konkretną kompozycję w oparciu o moją wiedzę i pragnę to robić w sposób, który do mnie przemówi. Więc jeśli nawet tempo lub jakiekolwiek inne szczegóły są odmienne, nie ma to dla mnie znaczenia. Ważne jest, że np. w Polsce VII Symfonia nie była zbyt często grana na instrumentach historycznych, jeżeli w ogóle. Być może więc publiczność usłyszy ją po raz pierwszy w takim wykonaniu, co jest niewątpliwie interesujące. Wiele rzeczy zabrzmi zupełnie inaczej, na przykład na dawnych instrumentach dętych, które stanowią zupełnie odrębny świat. 

Kilka miesięcy temu Wrocławska Orkiestra Barokowa, jako bodaj pierwsza w Polsce, zagrała V Symfonię Beethovena na instrumentach historycznych. Jak zapatruje się pan na wykonywanie utworów klasycznych czy romantycznych kompozytorów na dawnych instrumentach? W Polsce przyzwyczailiśmy się raczej do słuchania w takiej interpretacji muzyki barokowej.

To naturalny rozwój nurtu wykonawstwa historycznego. Najpierw graliśmy muzykę barokową, na przykład Bacha, potem zaczęliśmy wykonywać muzykę epoki klasycyzmu. Zbliżaliśmy się do niej bardzo powoli, by móc ją okiełznać z pomocą naszych instrumentów. A trzeba pamiętać, że na typowych barokowych skrzypcach trudno jest zagrać muzykę Beethovena, bo w niej wymagany jest pełen mocy, utrzymujący się długo dźwięk. Więc kiedy przeszliśmy z utworów XVII do XVIII-wiecznych, a następnie tych z XIX stulecia, powiedziałbym, że fizycznie odczuliśmy różnicę. Teraz dostrzegam dla nas, artystów badających muzykę romantyczną, wielkie wyzwanie. Uświadamiamy sobie, że jest jeszcze wiele do odkrycia. Kiedy pomyślimy o tym, co działo się czterdzieści lat temu, kiedy ruch wykonawstwa muzyki dawnej zaczął się rodzić, to dochodzimy do wniosku, że obecnie jesteśmy tak zafascynowani Beethovenem, czy Mendelssohnem, jak niegdyś byliśmy pod wrażeniem barokowych mistrzów.

 

Ale bywa, że niektórzy wciąż podejrzliwie patrzą na to, że muzykę Beethovena gra się na dawnych instrumentach i uważają to za przesadę. Czy pana zdaniem w niedalekiej przyszłości takie interpretacje będą czymś naturalnym?
Stanie się to z pewnością bardziej normalne i interesujące dla publiczności. Teraz na przykład, wiele XIX-wiecznych fortepianów zostało właściwie odrestaurowanych, a to stwarza lepsze warunki dla organizatorów koncertów do pozyskania odpowiedniego instrumentu dla odpowiedniego repertuaru. Im łatwiej dostępne będą np. dawne fortepiany, tym częściej podczas koncertu będzie można usłyszeć ten właściwy dźwięk. Nie będzie już raczej uwag: „Spójrz jaki dziwny, zabawny instrument”. Myślę też, że jeśli chodzi o technikę gry, muzycy z tzw. mainstreamu staną się bardziej otwarci na pomysł grania muzyki XVIII i XIX wieku w zupełnie inny sposób.

Karierę budował pan konsekwentnie, grając w czołowych formacjach muzyki dawnej założonych w latach 70., jak Musica Antiqua Köln czy Amsterdam Baroque Orchestra. To musiał być wyjątkowo ekscytujący czas. Czy dziś, kiedy ruch wykonawstwa się ukonstytuował i stał się czymś naturalnym, wciąż dostrzega pan u młodych muzyków ten sam ogień?

Jest inaczej niż w czasach, kiedy zaczynaliśmy, bardzo, bardzo dawno temu. Czuliśmy się pionierami, przekraczaliśmy granice, dokonywaliśmy zupełnie nowych odkryć. Myślę, że to już nigdy nie wróci, choć i dziś są młodzi ludzie, którzy dołączają do tego ruchu, uczą się od profesorów i są głodni wyzwań. Szukają nowego sposobu gry, inaczej interpretują tekst. Ale ten rodzaj podniecenia, kiedy wszystko było nowe, kiedy poznawaliśmy kompozytorów, o których nikt wcześniej nie słyszał, już zniknął. Dziś, tak jak niegdyś fascynowała mnie muzyka barokowa, urzeka mnie muzyka XIX wieku.

 

Przez lata był pan wiolonczelistą, choć teraz równie często prowadzi pan zespoły. Kiedy zdecydował się pan stanąć po drugiej stronie pulpitu?
Mój Boże, to było dawno, prawie dwadzieścia lat temu. Odszedłem wtedy z Amsterdam Baroque Orchestra, chciałem być solistą, a jednocześnie zająć się dyrygowaniem. Zawsze marzyłem o dyrygowaniu, ale nie podejrzewałem, że mógłbym to robić. Okazało się to jednak możliwe.

A czy jest szansa, że zobaczymy pana w charakterze solisty we Wrocławiu?

To nie jest niemożliwe. Poddała mi pani pomysł i chyba muszę porozmawiać z odpowiednimi osobami, bo to nie zależy ode mnie. Ale wystąpiłbym z radością, bo w równym stopniu jestem wiolonczelistą, co dyrygentem.

 

Pana instrument to wciąż Grancino z 1703 roku?
Nie, teraz mam holenderską wiolonczelę z XVIII wieku.


Zaintrygował mnie znak, chyba japoński, na pana stronie internetowej. Co oznacza?

Harmonię. Uwielbiam wszystko, co japońskie – estetykę, wartości, ale proszę tego znaku nie brać zbyt poważnie. To po prostu coś, co uważam za piękne.


A może w muzyce szuka pan właśnie harmonii?

Chyba tak. Harmonia jest tym, do czego wszyscy powinniśmy dążyć. Bez niej trudno byłoby żyć.

 

Rozmawiała Magdalena Talik

 

Jaap ter Linden – holenderski wiolonczelista i dyrygent specjalizujący się w wykonywaniu muzyki barokowej i klasycznej na dawnych instrumentach. Był pierwszym wiolonczelistą takich zespołów, jak Musica Antiqua Köln, The English Concert, Amsterdam Baroque Orchestra. W 2000 roku założył Akademię Mozartowską w Amsterdamie oraz orkiestrę, z którą nagrał komplet symfonii Mozarta. Współpracował m.in. z Deutsche Kammerphilharmonie, Portland Baroque Orchestra, European Union Baroque Orchestra, a także ze znakomitymi solistami, m.in. Ronaldem Brautigamem, Elizabeth Wallfisch, Andrew Manzem, Johnem Hollowayem, Richardem Egarrem i Larsem Ulrikiem Mortensenem. Jest profesorem Królewskiego Konserwatorium w Hadze i Konserwatorium w Amsterdamie.