Koncerty wrocławskie, czyli gra na strunach dyplomacji

Article_more
„Czym się pan zajmuje? – zapytali niemieccy celnicy podróżnego, który w 1919 roku przekraczał granicę z Polską. – Jestem kompozytorem – odpowiedział, wzbudzając konsternację pograniczników. – Nie rewidujemy go, może to jest jakiś ich minister”.

Reakcję celników można zrozumieć, polskim premierem był wówczas Ignacy Paderewski, o którym mówiono, że niepodległość swojego kraju wygrał na fortepianie w Białym Domu. Podobno premier Francji Georges Clemenceau, przyjmując jego wizytę zaraz po objęciu politycznego urzędu, powiedział „witam mistrza fortepianu”, a poprawiony przez Paderewskiego, że wita premiera, stwierdził: „Co za upadek! Mistrz fortepianu prezesem Rady Ministrów”.

 

Trochę przesadził, bo Paderewski nie porzucił fortepianu dla polityki, a poza tym nie był ani pierwszym, ani ostatnim muzykiem, który zagrał na strunach światowej dyplomacji. Gdyby Clemenceau lepiej znał historię swojego kraju, wiedziałby, że najwybitniejszy kompozytor XIV-wiecznej Francji, a przy tym znakomity poeta Guillaume de Machaut, był najpierw sekretarzem króla czeskiego Jana Luksemburskiego, potem pracował dla księcia Jana de Berry, a wreszcie związał swe losy z królem cypryjskim Piotrem Lusignanem. Kompozytor brał udział w wyprawach wojennych i dyplomatycznych spotkaniach, co pozwoliło mu zwiedzić kawał Europy, z Wrocławiem włącznie. W poemacie Prise d’Alexandrie (Zdobycie Aleksandrii) opisał podróż z królem Piotrem z Pragi do Krakowa przez „Bresselau”, na zjazd europejskich monarchów, zwołany we wrześniu 1364 roku przez króla Kazimierza Wielkiego:

 

„I potem wyjechali z Pragi. / Więc powiem, kędy pojechali. / Przez Czechy konie swe pognali / Przez trzy dni, potem podążyli / Na Wrocław, potem do Legnicy, / I do Nysztatu, do Świdnicy, / Kosten, Kalisza, Bytomia, / Głogowa i poprzez Passawę. / Stamtąd przybyli do Krakowa, / Gdzie władców owych już zastali, / Którzy im wyszli na spotkanie, / Z wielką radością ich witając” (tłum. Jerzy Łanowski). A potem jeszcze radośniej biesiadowali u Wierzynka, przy winie i muzyce ustalając równowagę polityczną w środkowej Europie.

 

Notabene muzyczne talenty dyplomaty i polityka były zawsze mile widziane. Jan Masaryk, syn pierwszego prezydenta Czech, został na początku swojej kariery politycznej wysłany do Stanów Zjednoczonych jako ambasador. Któregoś dnia wybrał się na bankiet dyplomatyczny, gdzie został poproszony o zagranie dla gości na skrzypcach. Ekscelencja nie odmówił, zagrał jakąś prostą melodię, a występ został przyjęty z entuzjazmem. Po bankiecie jeden z przyjaciół ambasadora podszedł do niego i zdziwiony zapytał po co, do diabła, kazali mu grać na skrzypcach. Masaryk odpowiedział: „Ach, to bardzo proste. Pomylili mnie z moim ojcem, mojego ojca z Paderewskim, a skrzypce z fortepianem”.

 

A mógł wybrać orkiestrę
Franciszek Ksawery Brzeziński grał na fortepianie. Po I wojnie światowej tworzące się państwo polskie musiało szybko skompletować służbę dyplomatyczną, więc ludzie obyci w świecie byli na wagę złota. Brzeziński też okazał się niezłym nabytkiem. Prawnik, kompozytor, uczeń słynnego Arthura Nikischa, recenzent muzyczny – został rzucony na „odcinek niemiecki”, do Breslau, i wytrzymał tam ponad sześć lat, co było rekordem wśród szefów polskich konsulatów w Niemczech.

 

Według starej maksymy „dyplomacja to kariera, którą rozpoczyna się, mając przed sobą wspaniałą przyszłość, a kończy się z kiepską przeszłością”, ale Brzeziński zostając konsulem, miał lepszą przeszłość niż widoki na przyszłość. Warszawiak z urodzenia, skończył najpierw gimnazjum filologiczne, a potem wyjechał studiować prawo do Drezna i Dorpatu. Nawet otworzył kancelarię adwokacką w Warszawie, ale paragrafy nie były jego pasją. Ciągnęło go do muzyki, więc zdjął togę mecenasa i wyjechał do Lipska. Cztery lata nauki w tamtejszym konserwatorium, studia kompozytorskie u Maxa Regera, klasa kapelmistrzowska u Arthura Nikischa, szefa berlińskich filharmoników i lipskiego Gewandhausu, a wreszcie posada dyrektora orkiestry w Elberfeldzie i sukcesy kompozytorskie – Brzeziński znalazł swoje miejsce w muzycznym świecie. Lipscy krytycy go dopieszczali, a „Leipziger Neuste Nachrichten” wymieniał nazwisko Brzezińskiego obok Skriabina i Rimskiego-Korsakowa. Nawet jeśli to była przesada, została przyjęta ze zrozumieniem. Tym bardziej że miał kompozytorskie sukcesy, spośród solowych utworów fortepianowych do najlepszych zalicza się jego suitę trzech preludiów i fug, zatytułowaną Tryptyk op. 5, która została nagrodzona na Konkursie im. Fryderyka Chopina we Lwowie w 1910 roku.

 

Lipski dom Brzezińskich (Franciszek ożenił się z Anną Kirchner) był miejscem stałych spotkań Polaków, którym oprócz kolacji serwowano także występy gospodarza. Brzeziński nie tylko grał własne kompozycje, lecz także czytał własną poezję. Podobno goście przyjmowali te występy z entuzjazmem, choć nie wiemy, ile w tym było szacunku dla gospodarzy i uznania dla jakości ich kuchni. W każdym razie muzyczno-poetyckie wieczorki skończyły się wraz z wojną, bo po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Brzezińscy wyjechali do Warszawy. Tęsknili jednak za Lipskiem, więc przyjaciele namówili Franciszka, aby zgłosił się do pracy w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a potem wrócił do Lipska jako szef placówki konsularnej.

 

Niestety na otwarcie placówki w Lipsku wciąż brakowało pieniędzy, więc Brzeziński dostał propozycję wyjazdu do Breslau. Kierownik konsulatu RP II klasy (konsulaty generalne były w Berlinie i Monachium, a I klasy – w Hamburgu i Królewcu) – to nie brzmiało dumnie. Tym bardziej że na miejscu czekało go mnóstwo kłopotów.

Szpieg z białym orłem
„Miał niewiele czasu, trzy dni tylko; jeśli nie zdąży, będzie musiał poświęcić tych ludzi. Minął Damplatz [plac Katedralny – przyp. red.] i skręcił w wąską uliczkę. Zatrzymał się przed obwieszczeniem podpisanym przez gauleitera Hankego” – napisali autorzy Stawki większej niż życie, wysyłając kapitana Klossa do Breslau.

 

Nie tylko J-23 miał tu interesy. W amerykańskich archiwach zachował się raport adresowany do prezydenta USA z 31 października 1935 roku. Autor pisze, że „przemówienie Göringa w Breslau 26 października o gwałtownym dozbrajaniu armii i zwiększeniu zatrudnienia w przemyśle zbrojeniowym było tak wyzywające, że jego część nie została opublikowana”. W innym raporcie amerykański agent donosi, że jeden z wrocławskich teatrów jest do dyspozycji organizacji Kraft durch Freude (Siła przez radość), która zajmuje się rekrutacją masowej widowni teatralnej, poddawanej następnie propagandowemu praniu mózgu. Kraft durch Werke sprzedawało bilety w śmiesznej cenie od 75 fenigów do marki. „W cenę biletu wliczone jest przechowanie płaszcza i nakrycia głowy” – zapisał skrupulatnie agent.

 

Polacy też mieli we Wrocławiu swoją placówkę wywiadowczą. Została zorganizowana przy Konsulacie RP, miała pseudonim „Adrian”, a kierował nią major Brunon Kilian Grajek, czyli „Gärtner” („Ogrodnik”), który przyjechał do Breslau pod koniec 1936 roku. Ale to były już czasy III Rzeszy, a sam konsulat mocno w międzyczasie awansował. Najpierw do I kategorii, w czym było dużo zasług Brzezińskiego, a potem został konsulatem generalnym. Ale zawsze była to trudna placówka.

 

Wiza dla optanta Pierdziocha
Brzeziński objął konsulat 1 lipca 1921 roku i chyba nie żałował, że przyjechał do Breslau a nie do Lipska. Oferta muzyczna miasta była pierwszorzędna, a napięcia związane z przygotowaniami do górnośląskiego plebiscytu nieco opadły (rok wcześniej siedziba konsulatu przy Neue Gasse, dzisiejszej Nowej, została zdemolowana przez prawicowe bojówki). Jednak nowy konsul miał bardzo dużo roboty, bo z jednej strony musiał zajmować się polskimi robotnikami sezonowymi, którzy tysiącami przyjeżdżali na Dolny Śląsk, a z drugiej – organizować wyjazdy z Dolnego Śląska optantów, czyli osób uprawnionych do wyboru obywatelstwa (prawo opcji).

 

Niepodległa RP przyciągała i mimo apelu Rady Naczelnej Związku Polaków w Niemczech, aby nie wyjeżdżać ze Śląska, pakowali się nawet działacze polonijni. Z prawa opcji skorzystało w sumie kilkaset ludzi, a konsul bardzo im pomagał. „1925 r. Lipiec. Firmie Hugo Przesmeck na koszta przewozu mebli optantów 1000 marek; bilety kolejowe dla optantów 200 mk; opłata za uwierzytelnienie spisu mebli optantów 12 mk; opłata kosztów podróży p. Ławniczaka 99 mk; kolacja dla optantów 179,60 mk; wiza niemiecka dla optanta Pierdziocha 7 mk; za muzykę przy pożegnaniu optantów 20 mk” – taki wyciąg z rachunków dostał Urząd Emigracyjny w Warszawie.

 

Szczególnie ten ostatni punkt brzmi intrygująco, bo można było zaoszczędzić, żegnając się z Breslau po cichu, ale muzyczna dyplomacja też była ważna. Konsul Brzeziński uważał, że muzyka integruje środowisko polonijne, pomaga zachować tożsamość narodową w obcym otoczeniu, więc zachęcał do organizowania koncertów i tworzenia zespołów. Towarzystwo Śpiewacze „Harmonia”, założone w 1873 roku przez Towarzystwo Przemysłowców Polskich, działało do 1939 roku. „Chór miał w repertuarze różne pieśni polskie, m.in. wyróżniający się wykonaniem utwór z »Halki« Moniuszki – »Po nieszporach, przy niedzieli...«” – wspominał Feliks Stachelski, dyrygent Harmonii do 1938 roku. Do jego wielbicieli należała nawet niemiecka policja, która lubiła niespodziewanie pojawiać się na próbach.

 

Powrót do muzyki
Konsul Brzeziński był bardzo wysoko oceniany za sprawność organizacyjną, pracowitość i inteligencję, więc po odwołaniu z placówki wrocławskiej w 1927 roku został skierowany do Konsulatu Generalnego w Berlinie, a od maja 1929 roku zaczął pracować w warszawskiej Centrali jako radca ministerialny. W stan spoczynku odszedł w 1931 roku, miał 64 lata i mógł się już zająć tylko muzyką.

 

Jeszcze w lipskich czasach, a potem jako dyplomata, pisywał recenzje muzyczne dla „Kuriera Warszawskiego”, „Nowin Muzycznych” i „Rzeczpospolitej”. Publikował też artykuły w „Sztuce”, „Muzyce” i „Muzyce Polskiej” oraz napisał monografię Smetany wydaną w 1933 roku. Z jego dorobku kompozytorskiego znane są między innymi Koncert fortepianowy g-moll, Sonata D-dur na skrzypce i fortepian oraz liczne utwory fortepianowe w tym: Wariacje, Tryptyk, Suita polska, Toccata, Polonez-Ballada (także w wersji orkiestrowej). Ale dla Wrocławia Franciszek Ksawery Brzeziński zawsze będzie przede wszystkim konsulem, który umiał zręcznie zagrać na strunach dyplomacji i miał dobry, polityczny słuch.