Wydanie: MWM 05/2018

Przyjemność partycypacji. Pytanie 1.

Article_more
„Muzyka awanardowa zapomniała o przyjemności” – powiedział Hubert Zemler w audycji poświęconej In C Terry’ego Rileya, dziełu, którego wykonanie przygotował na kolejne urodziny radiowej Dwójki. Według znakomitego polskiego perkusisty In C miałoby być właśnie utworem, który tę przyjemność słuchaczowi daje.

Zemler odnosił się do awangardy darmsztadzkiej lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, do muzyki „panów w szarych garniturach”, którzy budowali nowy świat, rzekomo pozbawiony zmysłowej przyjemności. Faktycznie, swoją twórczością z owego okresu Boulez czy Stockhausen zdawali się zmuszać mieszczańskie społeczeństwa Zachodu do umartwienia za grzechy poprzednich dekad. Był to zamysł polityczny, który okazał się, jak sądzę, niemal całkowicie nieskuteczny. Sztuka rzadko skłania do szczerej ekspiacji, zwłaszcza zaś sztuka tak abstrakcyjna jak muzyka. Można ją zawsze wyłączyć, wyjść z koncertu, zignorować. Udało się jednak wspomnianym panom napisać parę świetnych utworów za publiczne pieniądze i współtworzyć system wspierania kultury działający do dziś jak wentyl dla zbuntowanych, utalentowanych, czułych emocjonalnie członków społecznej elity.

 

Opinia Zemlera prowokuje jednak do postawienia wielu pytań. Pierwsze, które mi się nasunęło, wynika pewnie z wrodzonej przekory, a brzmi ono: z czego czerpiemy przyjemność? Znam wiele osób, którym nie spodobałoby się In C, mnie samego nieszczególnie zachwyca większość motywów, które w partyturze z 1964 roku Riley zastosował. Nie wracam do nich z radością, chociaż zdarzają się wykonania tego utworu, które mnie wciągnęły. Znamienne, że są to interpretacje odchodzące daleko od oryginału, co zresztą według samego kompozytora jest dopuszczalne i wręcz wskazane. Takimi cechami odznacza się na przykład ubiegłoroczna „hinduska” wersja Brooklyn Raga Massive czy kilka lat starsza „afrykańska” André de Riddera i muzyków z Mali (oba nagrania stały się inspiracją dla wersji Zemlera z 1 marca tego roku). Znam jednak więcej takich, którym nie sprawiłoby przyjemności słuchanie utworu Rileya. Są i słuchacze, którzy wzruszą ramionami na Piątą Beethovena, można być także całkiem wyrafinowanym melomanem i uważać czerpanie przyjemności ze słuchania Wagnera za ocierające się o perwersję. Na szczęście żyjemy w kulturze, która coraz mniej represjonuje przyjemność, więc i fanów Pierścienia Nibelunga traktuje się z daleko idącą wyrozumiałością. Takie przykłady można by mnożyć. Przyznam, że zjawisko przyjemności czerpanej z muzyki zdaje mi się tym bardziej intrygujące, im więcej widzę w nim złożoności. Dlatego będę ciągnął ten wątek – dla przyjemności. Za Lutosławskim zakładam, że jeśli ja chcę o tym myśleć, to jeszcze paru takich się znajdzie. Niektórzy wolą bowiem, kiedy jest prościej (zarówno w myśleniu, jak i w muzyce), inni chętnie komplikują. A ja lubię raz tak, raz siak.

Wracając do awangardy: ci w szarych garniturach byli zwolennikami złożoności. Chcieli uświadomić jej walory społeczeństwu – choćby pod przymusem. Tym chyba zgrzeszyli najbardziej: apodyktycznością (czy miała wpływ na ich postawę niemal zupełna nieobecność głosu kobiet w tym środowisku – to temat na osobne badania). Całkowicie zanegowali rolę odbiorcy. Zaprojektowali muzyczny świat, w którym każdy dostał określoną funkcję: kompozytor miał wskazywać nowe kierunki, słuchacz – słuchać, jeśli zaś był niewyrobiony – pracować nad umiejętnością postrzegania nowej muzyki. Poprzeczkę ustawili wysoko, bo ich fetyszem stała się złożoność. Najwybitniejsi twórcy tego nurtu szybko zresztą zauważyli swój błąd. Kiedy wewnątrz utworu kompletnie nic się nie powtarza, to nic także nie zostaje w pamięci, nic się nie utrwala. Co ciekawe, kolejny utwór napisany tą samą metodą wydaje się identyczny, nawet jeśli faktycznie wszystko jest w nim odmienne. To dlatego najbardziej radykalnych utworów z darmsztadzkich czasów burzy i naporu słucha się z takim mozołem. Umysł walczy, próbując coś zapamiętać. Są tacy, którzy dają radę i czerpią z tego przyjemność, nie każdy wszak kompozytor chciałby pisać dla tak skromnej mniejszości.

 

Pamięć jest siłą, jest jedną z podstaw naszego funkcjonowania, dlatego wszelka sztuka do pamięci właśnie chętnie się odwołuje. Inżynier Mamoń z Rejsu Piwowskiego, „umysł ścisły”, poczynił obserwację bardzo trafną: podobają mu się melodie, które już słyszał („poprzez reminiscencję”). Twórcy minimalizmu (z Rileyem na czele) niewątpliwie zatem przybliżyli awangardowe osiągnięcia słuchaczowi, nie wyzbywając się (przynajmniej na początku) ambicji artystycznych. Pozwolili odbiorcy pamiętać i czerpać przyjemność z rozpoznawania tego, co już słyszał. Mieć znowu udział we wspólnym odkrywaniu możliwości muzyki. Tak, właśnie udział – tę wartość, której od lat miał on coraz mniej.