Wydanie: MWM 05/2018

Najlepsza muzyka na świecie?

Article_more
„Największa symfonia amerykańska”. Nie miał wątpliwości Siergiej Kusewicki, dyrygent, który 18 października 1946 roku w Bostonie poprowadził prawykonanie dzieła. Był zresztą autorem zamówienia złożonego u Aarona Coplanda. Kusewicki dodał jeszcze, że muzyka ta po prostu płynie „z serca do serca”.

Jasna i optymistyczna, potężna rozmiarami i obsadą instrumentalną, zbudowana przejrzyście i bardzo klasycznie (czyli w czterech częściach) III Symfonia Coplanda – bo o niej mowa – miała czcić wielkie zwycięstwo aliantów i zakończenie II wojny światowej. Niby żadnych kontrowersji. Ot, odpowiednie dzieło na odpowiedni czas, do tego stworzone w kraju, który można uznać za krzewiciela idei wolności i demokracji. Gdyby tak było, to tutaj należałoby postawić kropkę.

 

Zdaje się jednak, że życie optymizmu nie preferuje, a idylliczne sytuacje to raczej wyspy i archipelagi w zalewie mniej przyjemnych zdarzeń. 8 maja 1945 roku, kiedy zniszczona Europa świętowała pokonanie hitleryzmu, Aaron Copland otrzymywał nagrodę Pulitzera za Appalachian Spring. Należał do grupy sztandarowych twórców tzw. stylu popularnego, który dla krytyka i kompozytora Virgila Thomsona był „najlepszą muzyką na świecie”. Copland, a obok niego Harris, Barber, William Schumann, Walter Piston, Howard Hanson i – najmłodszy wśród nich – Leonard Bernstein, pisali utwory przemawiające językiem czytelnym, wyraźnie odwołującym się do prostej tonalności i nieskomplikowanej składni, a jednocześnie zapatrzonym w neoklasyczne ideały spod znaku francuskiej Grupy Sześciu czy Nadii Boulanger. III Symfonia – bardzo optymistyczna w przesłaniu (jeszcze raz wyraźnie to podkreślam) – kojarzy się więc z demokratyczną, czy może wręcz „ludową”, prostotą, a w czwartej części odwołuje się bezpośrednio do „prostego człowieka”. Copland wykorzystał bowiem w finale bardzo charakterystyczne i nośne motywy własnego utworu z 1942 roku – Fanfare for the Common Man. Proste (tak, znów prostota!) dźwięki, w oryginale tylko na blachę i perkusję, tutaj zyskały bogatą szatę instrumentacyjną i kunsztowną oprawę (z użyciem techniki kontrapunktycznej włącznie), ale przemawiają ciągle niezwykle sugestywnie. Przyćmiewają wszystko, co wcześniej, w trzech poprzednich częściach się w Symfonii wydarza. Dawka patosu doskonale efekt wzmacnia i utrwala. Nie stanowi to zarzutu, przeciwnie – finał III Symfonii jest jej największym atutem.

Bostońska premiera III Symfonii stała się więc chwilą triumfu Coplanda. Ale niemal w tym samym momencie kapryśna bogini Fortuna swoje oblicze od kompozytora zaczęła odwracać. W tym samym miesiącu w tygodniku „Time” napisano, że Copland tworzy „zbyt populistycznie”, że „może mu to na dobre nie wyjść”, w końcu że „jest zbyt zajęty, by być wielkim kompozytorem”. Ten sam Virgil Thomson, który jeszcze niedawno wychwalał pod niebiosa prostotę muzyczną, kilka miesięcy po prawykonaniu Symfonii diametralnie zmienił zdanie i w swoich tekstach zaczął czcić „wirtuozostwo” Pierre’a Bouleza, uznając je za synonim „nowego stylu międzynarodowego”. Niby drobiazg, każdy ma prawo do zmiany estetycznych ideałów. Niczym to przecież nie grozi. Ale Virgil Thomson poważył się na coś gorszego. On III Symfonię Coplanda wrobił politycznie, bo utożsamił jej muzyczne przesłanie (ach, ten nieszczęsny hołd złożony „prostemu człowiekowi”) z ideową osią Roosveltowskiej polityki Nowego Ładu. Jak podkreśla Alex Ross (Reszta jest hałasem. Słuchając XX wieku), Thomson „zdemaskował ukryte sensy dzieła. W recenzji […] w 1947 roku szydził z podobieństwa łączącego symfonię z mowami Henry’ego Wallace’a” (polityka, wysokiego urzędnika administracji Roosvelta). Była to frazeologia „zbyt blisko Moskwy”.

 

Zwyczajny donosik złożony w chwili, kiedy Amerykę ogarniał paskudny cień McCarthyzmu. Radzieckie zagrożenie atomowe, antykomunistyczna psychoza, szpiegomania i komisje śledcze składały się na coś, co bardziej przypominało duszną atmosferę zza żelaznej kurtyny niż aurę wolnego świata. Coplanda oskarżono o sprzyjanie komunizmowi (może też i dlatego, że był na bakier z dodekafonią?), dorobił się teczki w FBI, wykreślono jego dzieło (Lincoln Portrait) z koncertu inaugurującego prezydenturę Eisenhowera, wreszcie wezwano przed Stałą Podkomisję Śledczą McCarthy’ego (22 maja 1953 roku). Z kłopotów wybawił go dopiero dziennikarz George Sokolsky. Przekonał McCarthy’ego, by odczepił się od „jednego z największych żyjących kompozytorów amerykańskich”. Odium pozostało – kłopotów z paszportem nie uniknął Copland praktycznie do końca życia.

 

Swoją drogą – ciekawy to symptom tamtych czasów: język muzyczny Szostakowicza uznawano w ZSRR za zbyt kosmopolityczny i prozachodni, podobny u Coplanda – za zbyt… proradziecki. Miał więc rację Copland, stwierdzając: „zimna wojna jest dla sztuki gorsza, niż prawdziwa”.