Wydanie: MWM 06/2018

Miłość

Article_more
Wyróżniali się nawet nazwą – bo kto w tamtych czasach wpadłby na pomysł nazywania jazzowego combo słowem „Miłość”? Trzydzieści lat temu powstał najważniejszy zespół polskiej muzyki improwizowanej ostatniego ćwierćwiecza.

O tej rocznicy nikt prawie nie pamięta. Trudno się temu dziwić, bo w powszechnej świadomości Miłość zaczęła istnieć dopiero w 1992 roku, kiedy grupa wzięła udział w konkursie Jazz Juniors w Krakowie. Jury przyznało wtedy gdańskiemu zespołowi drugie miejsce, co uznano za skandaliczną decyzję – ale na tym etapie kariery medialna afera była dokładnie tym, czego grupa potrzebowała.

 

To oczywiście znana historia – buńczuczne manifesty, ostentacyjnie deklarowana niechęć do jazzowej konserwy i zapatrzenia w Amerykanów, ekscentryczne popisy sceniczne Ryszarda Tymańskiego i Mikołaja Trzaski, ale i w pełni profesjonalna muzyka z niespotykaną wtedy dozą swobody i chęcią łamania schematów. Mieszanka świetnej muzyki i wizerunku buntowników błyskawicznie zdobyła zespołowi popularność. Z dzisiejszej perspektywy sześć albumów wydanych przez Miłość w latach dziewięćdziesiątych nadal robi duże wrażenie, ale na większości nie ma niczego rewolucyjnego; wtedy jednak obecność na płycie poematów recytowanych przez Tymańskiego, dalekich od jazzowej ortodoksji, inspirowanych Ivesem i Schönbergiem kompozycji oraz dzikich, freejazzowych improwizacji Trzaski była dla części krytyki jazzowej nie do przyjęcia. Ta jednak miała w Miłości obiekty westchnień w osobach fenomenalnie utalentowanego Leszka Możdżera, najwybitniejszego od dekad polskiego perkusisty Jacka Oltera i świetnego, grającego szerokim, amerykańskim dźwiękiem tenorzysty Macieja Sikały.

 

Musiało minąć wiele lat od rozwiązania zespołu w 2001 roku, aby publiczność dowiedziała się o tym, jak bardzo tamta legendarna Miłość przepełniona była niechęcią, zazdrością, wzajemnymi pretensjami i wojnami podjazdowymi. A zdrada wpisana była w historię Miłości od samego początku. Pierwsze, niestabilne składy formacji buzowały energią i ambicjami przyszłych liderów trójmiejsko-bydgoskiego ruchu yassowego. W grupie grali – jeszcze przed dokooptowaniem do niej jazzowej frakcji Możdżera i Sikały – klarnecista Jerzy Mazzoll i gitarzysta Tomasz Gwinciński. Stężenie rozrośniętych ego okazało się zbyt duże jak na jeden zespół, prowadzony przez Tymańskiego żelazną ręką. Gwinciński odszedł bardzo szybko – prawdopodobnie z pożytkiem dla siebie i dla Miłości – zakładając własną grupę Trytony, z którą dokonał pierwszego oficjalnego yassowego nagrania (Tańce bydgoskie, 1992). Kiedy zaś Tymański stwierdził, że grupa nie może kontynuować intuicyjnych eksperymentów, ale musi jednak odrobić lekcje, studiując zagadnienia harmonii i formy, ucieczka Mazzolla stała się kwestią czasu. Dla części bardziej radykalnie nastawionego środowiska yassowego ujazzowienie Miłości było zdradą rebelianckich ideałów młodości. Gwinciński i Mazzoll czuli się urażeni, gdy po pierwszych sukcesach nowego wcielenia zespołu poprzedni okres i ich rola w nim poszły w zapomnienie.

 

Miłość zaś pod wodzą manipulującego muzykami Tymańskiego zamieniła się nieledwie w sektę. Ekspresyjny na scenie, ale w sprawach koncepcyjnych przytłoczony przez dominującego lidera Mikołaj Trzaska pomysły profesjonalizacji i konwencjonalizacji przyjmował za dobrą monetę. Szybko jednak pożałował, bo okazało się, że młody, zdolny, właśnie co przyjęty do zespołu pianista Leszek Możdżer nie rozumiał nieoszlifowanej siły saksofonu Trzaski. Poświęcał koledze czas i tłumaczył mu pewne problemy harmoniczne, a jednocześnie kwestionował sens trzymania pół-amatora w zespole. Fundament dawnej Miłości – wielka przyjaźń Tymańskiego i Trzaski – runął, kiedy ten ostatni otwarcie zbuntował się przeciwko kierunkowi, w jakim podążą grupa, w efekcie czego został wyrzucony z zespołu.

 

Tymański szybko przekonał się jednak, że bez chropawego szaleństwa Trzaski Miłość niebezpiecznie zmierzała w stronę stylistyki, od której jeszcze niedawno chciała się odciąć. Po kilkumiesięcznej przerwie również Trzaska – który zaczął realizować własne pomysły w Łoskocie – stał się innym, bardziej okrzepłym muzykiem. Powrót alcisty do zespołu zamknął okres personalnych roszad aż do końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy siły odśrodkowe w grupie były zbyt duże, aby utrzymać ją w całości. Zanim to nastąpiło, Miłość postawiła sobie pomnik takimi albumami, jak Not Two (najistotniejsza polsko-amerykańska płyta jazzowa od czasów nagrań Stana Getza z triem Andrzeja Trzaskowskiego), Taniec smoka (najbliższa yassowej poetyki w dyskografii grupy) czy Asthmatic (niemal w całości wyimprowizowana w studiu – co kiedyś w Polsce było podejściem niespotykanym – w dodatku okraszona dość rubasznym poczuciem humoru).

 

Najpierw odeszli Możdżer z Sikałą – ale w Miłości było już wtedy tak mało energii, że nikt nie miał do nich o to pretensji. Formalnie Trzaska pozostawał w grupie dłużej – zespół tracąc nieco jazzowego balastu, dryfował w stronę muzyki eksperymentalnej z początku działalności – ale tak naprawdę mentalnie oddalał się od zespołu coraz bardziej. Samobójcza śmierć Jacka Oltera w lutym 2001 roku przypieczętowała to, co już od dawna było oczywiste.

 

Wielki sukces Miłości był naturalnie dla jej członków trampoliną do kariery. Skorzystali z niej w różnym stopniu. Leszek Możdżer został gwiazdą fortepianu w wersji pop, Sikała zmienił się najmniej i nadal jest saksofonistą jazzowym, na którym można polegać. Trzaska odszedł od jazzu na rzecz swobodnej improwizacji, nowej muzyki żydowskiej i filmu. Tymański miotał się najbardziej – między pół-kabaretowym sowizdrzalstwem, rock&rollem i próbami powrotu do jazzu (na tym miotaniu zresztą polega – zależnie od punktu widzenia – całe jego przekleństwo, albo też cały jego urok). Różne losy tych muzyków świadczą, jak wielkim artystycznym kompromisem był kwintet, który tak wstrząsnął polskim mainstreamem dwadzieścia pięć lat temu. Kompromisem, bez którego być może cały yass byłby kolejnym niezauważonym awangardowym ruchem niezależnym, o którym wiedzieli jedynie najbardziej zaangażowaniu fani – jak trójmiejska alternatywa czy Totart dekadę wcześniej.

 

Powstały w 2013 roku film Miłość Feliksa Dzierżawskiego pokazuje – oprócz historii zespołu – próbę jednorazowej reaktywacji grupy. Powrót do przeszłości się nie udaje – za dużo było zadawnionych uraz, za wielkie okazały się różnice artystyczne. Film z dokumentu staje się swoistą psychodramą pozwalającą widzowi uzmysłowić sobie intensywność relacji stojących za dźwiękami, jakie słyszy się ze sceny. Krótko po filmie ukazuje się autobiografia Tymańskiego AD/HD, nieco wcześniej książka o yassie Chłepcąc ciekły hel Sebastiana Reraka. Historia zostaje opowiedziana, emocje znajdują swoje ujście, przychodzi zrozumienie. Może więc na trzydziestolecie jednak zagrają?

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.