Wydanie: MWM 06/2018

Lęk pokonany

Article_more
„Jestem bardzo szczęśliwy, że zwrócił się pan do mnie. Dawno już bym posłał szanownemu księciu coś mojej skromnej roboty, gdybym wiedział, że mój ojciec już mu czegoś nie posłał. Ale czego? Z pokorą ścielę się księciu do stóp i dziękuję za prezent, jaki mi zechciał przekazać. Na końcu listu podaję wykaz najnowszych utworów, wśród których Jego Wysokość może do woli wybierać, a którymi ja mógłbym go zadowolić”.

Uniżone słowa, napisane przez Wolfganga Amadeusa Mozarta do kamerdynera na dworze księcia Josepha Marii Benedikta von Fürstenberg w Donaueschingen. Bardzo grzeczny list datowany na 8 sierpnia 1786 roku obfituje w kurtuazyjne zwroty, które chyba musiały Mozarta trochę kosztować. Adresowany był przecież do osoby (tytułowanej „Drogi przyjacielu! Towarzyszu mojej młodości!”), która w czasie podróży do Paryża w 1763 roku towarzyszyła Mozartom w charakterze służącego i fryzjera. W liście Mozart nie kryje swoich egzystencjalnych niepokojów, problemów ze stabilnością dochodów, które przekładają się na warunki egzystencji: „Mam nadzieję, że Jego Wysokość nie weźmie mi za złe tej propozycji, gdyby nie miała mu odpowiadać. Jest ona wynikiem gorącego i szczerego pragnienia Jego Wysokości, co w danym wypadku tym bardziej byłoby możliwe, że mając przynajmniej częściowo zapewnioną sytuację, mógłbym zrezygnować z prac drugorzędnych.” [sic! podkreślenie moje – M.M.]. Ha, minęły dokładnie 232 lata, a słowa te czyta się dziś jakby były publicystycznym zapisem, niemal cytatem z reportażu opisującego rzeczywistość tzw. „społeczeństwa aktywności”, w którym sprekaryzowana jednostka skazana jest nie tylko – jak podkreśla Zygmunt Bauman – na „destabilizację zatrudnienia”, ale wręcz „destabilizację drogi życiowej”, skutkującą niewyobrażalnymi wcześniej lękami.

 

Wróćmy jednak do roku 1786 i listu do kamerdynera Wintera. Dołączył doń Mozart spis utworów: czterech symfonii, kilku dzieł kameralnych oraz pięciu koncertów fortepianowych, wśród których najnowszym był Koncert A-dur KV 488, ukończony 2 marca 1786 roku. Zapewniał, że ma je tylko „dla siebie lub niewielkiego grona amatorów i koneserów (w zamian za obietnicę, że nie wypuszczę ich z rąk), nigdzie za granicą nie mogą być znane, bo nie są znane nawet tutaj”. Ciekawe, czy książę miał świadomość, jakie artystyczne precjoza zostały mu ofiarowane; ciekawe, czy choć raz usłyszał fortepianowe arcydzieło w A-dur, napisane przez Mozarta z myślą o serii wielkopostnych koncertów w Wiedniu. Miejmy nadzieję, że tak i że uległ jego niezwykłemu czarowi, docenił kształty, formę i muzyczną treść. Pod wieloma względami jest Koncert A-dur po prostu niezwykły. Frapuje specyficznym kolorytem symfonicznego brzmienia, świadomie i w każdym szczególe przez Mozarta zaplanowanym. Solowemu fortepianowi towarzyszy bowiem orkiestra złożona z fletu, dwóch fagotów i dwóch rogów, smyczków, ale nade wszystko pary klarnetów, które zastąpiły oboje. I właśnie sekcja dęta decyduje o niemal „aksamitnym” dźwięku. Tonacja główna nie jest przypadkowa, smyczki w A-dur grają bowiem jasno i perliście, ale nie krzykliwie (proszę zwrócić uwagę, że dwa inne dojrzałe dzieła Mozarta z klarnetem w roli głównej – Kwintet KV 581 i Koncert KV 622 – również brzmią bardzo podobnie, jakby były metaforą jakiegoś jesiennego ciepła). Kiedy transakcja z księciem Fürstenbergiem bliska była sfinalizowania (pod koniec września), Mozart zwracał uwagę Wintera właśnie na tę wyjątkową specyfikę obsadową: „Do koncertu w A-dur potrzebne są dwa klarnety. Gdyby ich brakowało w orkiestrze Jego Wysokości, to niech dobry kopista, zachowując ogólną tonację utworu, partię pierwszego klarnetu przetransponuje na skrzypce, a drugiego – na altówkę”.

 

Części skrajne Koncertu A-dur emanują radością, perlistą pogodą, słoneczną (nie gorącą jednak!) wirtuozerią. Świetny pianista András Schiff podkreśla, że występuje tu troje protagonistów: fortepian, smyczki i dęte. W ekspozycji niezwykłą muzyczną konwersację rozpoczyna kwintet, odpowiadają mu dęte, a fortepian, jakby w roztargnieniu włącza się dopiero trzeci. Jednak role odwracają się w środkowym Adagio w tonacji fis-moll – części, która jest sednem dzieła. Po dość mocnym, marszowym zamknięciu Allegra fortepian przemawia cicho i spokojnie, z kunsztem niezwykłej prostoty, niemożliwie po prostu wyrafinowanej. Kiedy swoją myśl skończy – podejmie ją, a może skomentuje orkiestra. Wrażenia opisać się nie da, bo chyba nikomu wcześniej nie udało się napisać czegoś tak przejmująco pięknego i smutnego, głębokiego i delikatnego, będącego kwintesencją szlachetnego dostojeństwa. Dla mnie to najpiękniejsza wolna część, którą dane było Mozartowi stworzyć. Muzyka wewnętrznego bólu, połykanych w samotności łez, ale jednak muzyka przezwyciężonego, pokonanego lęku egzystencjalnego, z którym człowiek tak trudno sobie radzi.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.