Wydanie: MWM 06/2018

Przyjemność partycypacji. Pytania kolejne.

Article_more
Na czym to skończyliśmy? Aha, na minimalizmie, który pochylił się nad możliwościami percepcyjnymi słuchacza. Pionierzy tego nurtu wyciągnęli wnioski ze starej prawdy, że słuchacz lubi to, co zna, a przyswaja to, co zawiera w sobie jakąś powtarzalność. Jeśli jest identyczność, podobieństwo – łatwiej przyjmuje się kontrast. Umysł przykleja się do drobiazgu i śledzi jego przemiany. Cieszy go, kiedy zauważy prawidłowość (bo przecież mamy też tendencję do kategoryzacji tego, co postrzegamy).

Tu się zatrzymajmy i zastanówmy. Ilu jest takich słuchaczy, którzy śledzą muzykę jako formę ujawniającą się w czasie? Nie łudźmy się: niewielu. Większość ma kłopoty z syntezą, ba, z samym postrzeganiem struktury świata. Jak ci straszni mieszczanie z wiersza Tuwima: „I oto idą, zapięci szczelnie / Patrzą na prawo, patrzą na lewo. / A patrząc – widzą wszystko oddzielnie / Że dom... że Stasiek... że koń... że drzewo”... Powodów takiego odbioru muzyki może być mnóstwo, na czele z błędami w edukacji albo jej brakiem, ale dużą rolę odgrywać może też złe wykonanie (utrudniające odbiór utworu) czy brak odpowiedniego skupienia, który przecież każdemu może się przydarzyć. Jeśli słuchamy akurat symfonii Beethovena albo piosenki Rihanny, sprawa jest prosta, oba gatunki bowiem, jakkolwiek dalekie od siebie, operują systemem dur-moll, który jest naszym bezpiecznym materacykiem. Nawet jeśli ktoś zgubi się w subtelnościach narracyjnych sonaty Brahmsa, zawsze może zapaść się w mikrorozwiązania, które dadzą mu poczucie satysfakcji. Prędzej czy później musi się przydarzyć jakaś kadencja, która posiada cudowną właściwość rozładowywania napięcia. W przypadku muzyki atonalnej jest dużo trudniej, trzeba skupiać uwagę na innych elementach, w każdym utworze odmiennych. To może frustrować i odbierać przyjemność słuchania. Przyjemność jest przecież spokrewniona z satysfakcją, a tę daje objęcie czegoś (na przykład utworu) umysłem. Niestety, bywa to nieosiągalne dla osób nieprzygotowanych.

 

Minimalizm (ciągle się go trzymam, choć nie tak dawno pisałem, że go nie lubię; ot, paradoks) dał słuchaczowi rozgrzeszenie z innego sposobu słuchania, który polega na przeplataniu momentów skupienia chwilami odwrócenia uwagi. Moim zdaniem można tak słuchać każdej muzyki i jest to najbardziej naturalny sposób odbioru, mówimy jednak o pewnych przekonaniach i konstruktach kulturowych. Dawno temu umówiliśmy się w Europie, że muzyka wymaga słuchania od początku do końca, i jakoś tak zleciało do dziś. W minimalizmie zmiany zachodzą zaś na tyle wolno i są tak drobne, że wreszcie można się bez nieprzyjemnego poczucia utraty kontroli wyłączyć na chwilę, wejść i wyjść w trakcie (oczywiście teoretycznie, bo w większości sal koncertowych panie oraz panowie w uniformach trzymają klamkę i blokują ruch słuchaczy; pertraktacje nie mają sensu). Możliwość dysponowania własnym czasem daje odbiorcy poczucie swobody, do której przywykł, słuchając nagrań. Kiedy włącza odtwarzacz lub komputer, nie czuje się zniewolony przez artystę-półboga, który każe bić przed sobą pokłony. Zawsze można podsłuchać swoje ulubione fragmenty (ja na przykład notorycznie wracam do jednego momentu w II Koncercie Rachmaninowa; nie ma dla mnie nic bardziej frustrującego od niemożności przewinięcia nagrania).

 

Swoboda, wolność. Coś, za czym tęskni (i nie tęskni zarazem) słuchacz lub wykonawca. – Graj dokładnie to, co napisałem! – grzmi kompozytor do muzyka. – A ty siadaj na pupie i słuchaj, zamiast chodzić, jeść chipsy i rozmawiać! – dorzuca w stronę słuchacza. Cóż my tu mamy? Jakąś sytuację przemocowo-autorytarną! Jak to się ma do przyjemności? Wiem, niektórzy lubią, kiedy się ich wiąże, knebluje lub zakuwa w kajdanki. Ale chyba nie wszyscy odczuwają przyjemność w takiej sytuacji. Coś niedoskonałego jest w naszym systemie muzycznym, jednokierunkowość blokuje przyjemność. Przy muzyce ludowej albo rozrywkowej można sobie potańczyć, pokrzyczeć, pośpiewać, a tutaj? Próbuje się temu zaradzić rozmaicie, wydzielając przestrzenie wolności dla wykonawców i odbiorców muzyki. Czy wolność jednak idzie w parze z przyjemnością? O tym w następnym odcinku.

Całość artykułu można przeczytać w papierowym wydaniu magazynu „Muzyka w Mieście". Miesięcznik jest dostępny w salonach Empik.