Wydanie: MWM 06/2012

Chóraoptymizm

Rozmowa z Agnieszką Franków-Żelazny
Article_more
Chór filharmoniczny musi mieć przenikliwe i jednocześnie ekspresyjne brzmienie. Zawsze twierdzę, że ładnie zaśpiewane Wlazł kotek na płotek robi większe wrażenie niż najwykwintniejsza aria wykonana brzydkim dźwiękiem.

Kacper Podrygajło: Ponieważ nie pojawiła się pani jeszcze na łamach „Muzyki w Mieście”, muszę niestety zaatakować żelaznym repertuarem pytań do Agnieszki Franków-Żelazny: dlaczego chóralistyka, a nie śpiew solowy, skoro skończyła Pani oba wydziały?

 

Agnieszka Franków-Żelazny: Wydaje mi się, że jestem stworzona bardziej do bycia chórmistrzem i do pracy z ludźmi, do inspirowania ich, nie zaś do stania przodem do publiczności – to mnie zawsze kosztowało dużo stresu.

 

Ale tyłem już można stać?

 

Tyłem tak! To dość tajemnicze, ale jako dyrygent nie czuję, że jestem na scenie.

 

A śpiewa pani z chórzystami?

 

Czasem tak, kiedy jest ku temu okazja, np. kiedy wykonujemy jakieś dzieło wokalno-instrumentalne i mogę sobie stanąć w szeregach i zaśpiewać.

 

Ale czy zdarza się Pani śpiewać, dyrygując?

 

Nie, tak się nie da, to nie pozwala słyszeć wszystkich głosów, bo kiedy się śpiewa, to się słyszy niejako wewnętrznym słuchem, który zaburza odbiór tego, co dociera z zewnątrz. Mam jednak spory sentyment do wykonawstwa solowego i cały czas wykorzystuję je w chóralistyce – choćby ze względu na potrzebę słyszenia pięknego dźwięku.

 

No właśnie – w jakimś dawniejszym wywiadzie przeczytałem, że ma pani w głowie ideał brzmieniowy, który trudno jest opisać, ale do którego stale pani dąży i chciałbym podrążyć ten temat: jaki jest ideał brzmieniowy Chóru Filharmonii Wrocławskiej i w którym momencie drogi do niego chór się obecnie znajduje?

 

Myślę, że nastąpił spory postęp. Postęp w zasadzie cały czas się odbywa i to na dwóch płaszczyznach – po pierwsze: na płaszczyźnie rozwoju wokalnego każdego z członków chóru. Naszą ideą jest stały samorozwój każdego wykształconego już, wydawałoby się, wokalisty. Umiejętność śpiewu czy gry na jakimkolwiek instrumencie zakurza się, jeśli cały czas nie dbamy o warsztat. Każdy skrzypek musi smarować kalafonią smyczek, dbać o struny i je wymieniać – ma przynajmniej ten komfort, że jak nie zadba, to może wymienić; w przypadku głosu nie ma, jak wiadomo, takiej możliwości. Druga płaszczyzna to dążenie do skompletowania takiej grupy ludzi, która idealnie by ze sobą brzmiała. W chórze chodzi o to, by cała sekcja brzmiała jak jeden głos i jednocześnie o to, by pozwolić każdemu członkowi sekcji zaśpiewać jego najpiękniejszym brzmieniem. Czasami ktoś z chóru odchodzi, a przychodzi ktoś inny, kto bardziej scala sekcję, co przekłada się później na moc brzmienia, intonację i na ekspresyjność całego zespołu. Właściwie można by powiedzieć, że ideał brzmienia jest bardzo prosty: po prostu wszyscy muszą śpiewać równie prawidłowo.

I jest już blisko?

 

Wydaje mi się, że nastąpił naprawdę duży progres w tym kierunku. Są chwile tak pięknego brzmienia, że myślę sobie, że mogłabym go słuchać bez przerwy i  to jest właśnie coś, co daje mi chęć i siłę do dalszej pracy. Krzepiące jest to, że dotychczasowe wysiłki naprawdę dają efekty i np. chór potrafi w niecałe 40 osób zaśpiewać IX Symfonię Beethovena, przebić się przez ogromną orkiestrę symfoniczną – i to nie dlatego, że wszyscy śpiewają forte albo są jakoś nagłośnieni, tylko śpiewają tak, że fale się wzmacniają. Jeśli w dźwiękach o tej samej częstotliwości występuje ta sama liczba alikwotów, to one wzmacniają się, nakładając się na siebie, a nie znoszą się, doprowadzając do powstania dudnień. Czasami stoi 80-osobowy chór i nie słychać dźwięku, a w 40-osobowym jest moc. Chór filharmoniczny musi mieć przenikliwe i jednocześnie ekspresyjne brzmienie. Zawsze twierdzę, że ładnie zaśpiewane Wlazł kotek na płotek robi większe wrażenie niż najwykwintniejsza aria wykonana brzydkim dźwiękiem.

 

A propos arii – pamiętam, że natknąłem się kiedyś na stronie Filharmonii na informację o przesłuchaniach dla kandydatów do chóru i zaskoczyło mnie to, że obowiązkowym punktem programu była barokowa aria koloraturowa. Czy ktoś, kto sprawnie śpiewa barokowe arie koloraturowe, powinien być chórzystą? Do zaśpiewania motetów Bacha koloratura jest co prawda niezbędna, więc odpowiadam sobie po części na pytanie, ale chodzi mi o motywację osób, które kierują swoje kroki do chóru mimo pewnego... przekwalifikowania?

 

Przez to, co robię, chciałabym złamać ten stereotyp, że członkowie chóru są jedną wielką masą, a jedyną „jednostką” – dyrygent. Ja potrzebuję w chórze doskonale wykształconych solistów śpiewaków. To ma sens pod wieloma względami – po pierwsze obycie na scenie takiego solisty jest oczywiste, po drugie utwory, które śpiewa chór zawodowy, są naprawdę bardzo trudne i to, że wymagam arii barokowej i do tego koloraturowej –  bo to są dwie istotne składowe, każda z innych powodów – koloraturowa dlatego, że np. w Mesjaszu chóry są piekielnie trudne...

 

His yoke is not easy!

 

...Exactly. Podobnie w Bachu; jest mnóstwo literatury, w której chóry są bardzo trudne technicznie. Trzecią rzeczą jest taka solowa odpowiedzialność za partię. Przeciętne rozumowanie członków chóru nieprofesjonalnego jest takie: jak ja nie zaśpiewam, to gdzieś tam się schowam za kolegę i jakoś pójdzie. Nie – odpowiedzialność powinna być zawsze, niezależnie od tego, czy śpiewa się solo, czy w chórze. A dlaczego aria barokowa, a nie inna koloraturowa? Śpiewamy bardzo dużo baroku i znajomość artykulacji barokowej, świadomość tekstu, umiejętność instrumentalnego prowadzenia głosu – bardzo przydają się w zespole. Motety Bacha, które niedawno śpiewaliśmy, to są przecież koncerty wokalne, niejednokrotnie śpiewane w pojedynczych obsadach przez znakomite zespoły solowe. Tu nie dość, że trzeba być solistą, to jeszcze trzeba być świetnym solistą zespołowym, który umie słuchać, umie balansować, dostosowywać dynamikę dźwięku do reszty głosów w pionach akordowych, umie linearnie przygotować napięcie... Mnóstwo, mnóstwo trudnych rzeczy.

 

Chciałbym zapytać jeszcze o pracę nad tekstem. Na próbach chórów przykłada się do niego ogromną wagę, a często zdarza się, że podczas koncertów tekst – mimo najlepszych starań chórzystów – nie jest uchwytny i jakoś przepada...

 

Związek muzyki ze słowem jest dla mnie istotą muzyki wokalnej, a także tym, co dominuje w mojej pracy naukowej.

 

„Mowa jest panią harmonii”...

 

Dokładnie. Niby wiemy o tym od antyku, jednak często się o tym zapomina. Jako zespół staramy się wyjść naprzeciw każdemu słuchaczowi. Proszę zwrócić uwagę na to, że to koncerty chóralne mają zawsze najgrubszą książkę programową. Każdy koncert chóralny –  nawet karnawałowy, w którym teksty nie są aż tak bardzo istotne jak w motetach Bacha – zaopatrzony jest w komplet oryginalnych tekstów i ich tłumaczeń. Ja bardzo dużo pracuję na tekście i to w dwóch warstwach. W warstwie fonetycznej konsultuję się z ekspertami językowymi, by każdy język brzmiał prawdziwie i to nie tylko na poziomie głosek, ale melodii zdania, punktu ciężkości frazy... Jednak tekst jest dla mnie przede wszystkim nośnikiem tego, co dźwięki mają wyrażać. Dobry kompozytor tak pisze muzykę, żeby tekst był wzmocniony, a przekaz bardziej dobitny. Jeśli ktoś nie wie, jakie są słowa – traci większość wrażeń, jakie oferuje koncert.

 

Czy ma pani wpływ na repertuar wykonywany przez Chór Filharmonii Wrocławskiej?

 

Zasadniczy. Dyrektor obdarzył mnie bardzo dużym zaufaniem. Co prawda są utwory, których nie włożyłabym do repertuaru z własnej woli – czy to z powodu stopnia trudności, czy wartości edukacyjnej dla chóru..

 

A czy są jakieś utwory, którymi pani dyryguje, mimo że ich pani nie lubi?

 

Te, które sama wybieram, zawsze uwielbiam, bierzemy jednak czasem udział w koncertach, które mniej do mniej do mnie przemawiają. Chodzi o te utwory, w których głos jest traktowany instrumentalnie, które nie wydobywają jego piękna, które każą zaginąć mu w jakiejś masie bliżej nieokreślonych efektów. Czasem dzieła są już tak napisane, że głos jest po prostu „biczowany” (na szczęście nie mieliśmy ze zbyt wieloma takimi do czynienia). Inną sprawą jest to, że niektórzy dyrygenci nie zawsze traktują dzieła wokalno-instrumentalne jako wokalno-instrumentalne, a raczej jako instrumentalno-wokalne albo instrumentalno-instrumentalne z zaznaczeniem, że tą drugą grupą instrumentów są głosy. I wcale nie dotyczy to tylko utworów współczesnych, ale bardzo często muzyki dawnej czy romantycznej.

 

Jak pani ocenia mijający właśnie sezon artystyczny?

 

Myślę, że to był kolejny bardzo dobry sezon. Szczególny, ponieważ pierwszy, w którym chór pracował w pełnym wymiarze godzin, na cały etat. Dało to nam możliwość pozyskania osób z różnych stron Polski, staliśmy się bardziej atrakcyjni dla zawodowych śpiewaków. Formalnie rozpoczynamy pracę od października, ale dla nas sezon zaczyna się we wrześniu ze względu na festiwal Wratislavia Cantans. Właśnie tuż po wakacjach dużo się działo – Dixit Dominus Händla, motety Zieleńskiego... Pojechaliśmy też nagrać płytę do Londynu z Eliaszem Mendelssohna, potem wykonaliśmy to oratorium w lipskim Gewandhausie i na Wratislavii. Ważny był również wyjazd na festiwal do chorwackiego Varaždina, to było dla nas duże przeżycie artystyczne. Śpiewaliśmy kantaty i jednochórowe motety Bacha oraz motety Zieleńskiego.

 

Jak się podobał Zieleński w Chorwacji?

 

Bardzo, dostaliśmy tam nagrodę Cantor. W listopadzie obchodziliśmy też jubileusz pięciolecia powstania chóru. Programem, który wtedy przygotowaliśmy, chcemy zakończyć sezon, zaplanowałam także nagranie płyty z tą „ambitną” muzyką inspirowaną polskim folklorem. Myślę, że ten sezon był też wyjątkowy pod innym względem – do tej pory pracowaliśmy głównie z zagranicznymi dyrygentami gościnnymi. Tym razem też się pojawili – był Paul McCreesh, Benjamin Bayl, Bob Chilcott (nagraliśmy płytę z jego utworami, w której pokładamy duże nadzieje; ukaże się jesienią). Jednak w tym roku gościliśmy również polskich dyrygentów: Krzysztof Szydzisz pracował z chórem nad utworami estońskiego kompozytora Urmasa Sisaska, natomiast w maju przyjechała do nas żyjąca legenda polskiej chóralistyki zawodowej – Jan Łukaszewski z Polskiego Chóru Kameralnego. Chcielibyśmy, by stało się zwyczajem, żeby naszych polskich, wyśmienitych chórmistrzów zapraszać na takie stricte chóralne koncerty.

 

Rozmawiał

Kacper Podrygajło