Wydanie: MWM 06/2012

Harmonia umysłu

Wywiad z markiem Krajewskim
Article_more
Muzyka jest dla mnie ważna w mocno egoistyczny sposób, przez co zapewne degraduję jej ideę, jako zasady porządkującej świat, ale nie ubolewam z tego powodu, bo jednak czerpię z muzyki wiele przyjemności i nie jestem obojętny na wartości, jakie niesie.

Adam Domagała: Bohaterowie pana książek żyją w wiecznym niepokoju, mają do czynienia ze strasznymi zbrodniami, nieskutecznie dążą do tego, by nadać sens swojemu życiu. Powiedziałbym, że – przy wszystkich wyolbrzymieniach, przerysowaniach i sztucznościach, koniecznych w literaturze – opowieści o Eberhardzie Mocku i Edwardzie Popielskim na swój sposób oddają ducha naszych czasów. Jesteśmy niespokojni, nasz świat jest chaosem. Ale muzyka jest tego zaprzeczeniem, wprowadza spokój i harmonię…

Marek Krajewski: … ale jednak nie zmienia świata na lepsze i nie ustanawia powszechnej harmonii. To byłoby zbyt radykalne żądanie, by właśnie muzyka przywracała porządek świata. Zresztą, wbrew temu, co może pan sądzić, czytając moje powieści, osobiście uważam, że świat jednak dąży ku dobru i staje się coraz bardziej harmonijny. Przeczytałem niedawno książkę znakomitego amerykańskiego psychologa Stevena Pinkera, zatytułowaną Przemoc. Nowa historia ludzkości, z której wynika, że każda epoka, nawet jeśli pełna okrucieństwa, jest lepsza od poprzedniej. Zgadzam się z tym poglądem. Muzyka, dodam od siebie, nie ma z tym procesem wiele wspólnego. Mam wobec niej pragmatyczny, być może mało wzniosły, stosunek: słuchając, zapewniam po prostu harmonię swojemu umysłowi.

 

W dawnych czasach muzyka traktowana była jako coś więcej niż tylko fenomen akustyczny i źródło indywidualnej przyjemności. Była filozoficzną metaforą porządku świata; pitagorejczycy mówili o kosmicznej harmonii sfer.

Nie myślałem o tym w ten sposób. Muzyka jest dla mnie ważna w mocno egoistyczny sposób, przez co zapewne degraduję jej ideę, jako zasady porządkującej świat, ale nie ubolewam z tego powodu, bo jednak czerpię z muzyki wiele przyjemności i nie jestem obojętny na wartości, jakie niesie. Uspokajam się przy niej. Traktuję ją terapeutycznie. Pozwala mi spędzać czas w sposób, jaki najbardziej lubię. Siadam wieczorem w fotelu, otwieram szafkę, w której ustawione są kolumny głośnikowe, czytam książkę i słucham muzyki. Uwielbiam to. Wśród moich znajomych jest kilku muzyków. Oni też unikają mówienia o muzyce w filozoficznych, wyższych kategoriach. Dla nich to jest zawód, który wykonują, a dla mnie – jak już powiedziałem – po prostu rozrywka.

 

I nie traci pan czasu na rozmowy o muzyce?

Trudno mi się o niej rozmawia, bo jest to dziedzina sztuki, która oddziałuje na emocje, a te, jak wiadomo, nie dają się obiektywnie opisać. Ja lubię rzeczowość. Mogę powiedzieć, że coś mi się podoba albo nie podoba, ale jaką wartość ma takie zdanie dla kogoś, kto nie dzieli ze mną moich indywidualnych upodobań? To dotyczy większości fachowych tekstów o muzyce, z którymi miewam czytelniczą styczność, recenzji płyt czy też koncertów. Z największym trudem brnę przez teksty, które usiłują opisać muzykę w sposób „obiektywny”. Ich autorzy posługują się stosownymi terminami, odwołują do własnej erudycji… a to wszystko na nic, bo przecież i tak, kiedy słuchacz skonfrontuje muzykę z taką wypowiedzią, liczyć się będzie jego własne doznanie i jego emocje, których nikt poza nim nie musi wcale odczuwać.

Dobra literatura, proza, poezja, ma pod innym względem wiele wspólnego z muzyką. Chodzi o rytm i melodię zdań, jakąś formalną zasadę obowiązującą podczas tworzenia. Fraza musi mieć rytm, brzmieć dobrze czytana na głos.

Również trzymam się tej zasady, staram się, by moje teksty brzmiały muzycznie. Codziennie zaczynam pracę od przeczytania na głos tego, co napisałem poprzedniego dnia, wsłuchuję się w to uważnie, w rytm sylab i poprawiam zdania, zmieniam szyk sylab albo wyrazów. Dbam o to bardzo. Imię i nazwisko Eberharda Mocka, bohatera mojego pierwszego cyklu powieściowego, jest przykładem na to, jak ważne jest dla mnie umuzycznienie prozy. Mamy tu do czynienia z typową kadencją męską, fraza kończy się jedną, mocną sylabą: E-ber-hard MOCK. Można to porównać do zdania z wiersza Tuwima: „Stolika marmurowy BLAT” albo do oryginalnego tytułu znanej książki Hoimara von Ditfurtha Na początku był wodór (po niemiecku: Im Anfang war der WassersTOFF). Eberhard MOCK. Jednosylabowe, męskie nazwisko dla silnego faceta. Miało brzmieć. I brzmi.

 

Sama muzyka bywa wdzięcznym tematem.

Przyznam, że nie pamiętam zbyt wielu utworów literackich, które byłyby poświęcone muzyce – poza książkami Tomasza Manna. Doktor Faustus opowiada dzieje kompozytora Adriana Leverkühna, który za swój geniusz zapłacił paktem z diabłem. To tekst przepełniony passusami o muzyce, które robią wrażenie nawet na laiku. Słuchałem tej powieści w formie audiobooka, podróżując samochodem. Później sięgnąłem po tradycyjną książkę. W obu postaciach delektowałem się opisami muzyki, wolnymi od przemądrzania się, za to pełnymi poezji. O właśnie, poezja! Weźmy wiersz Zbigniewa Herberta Beethoven:

 

dudnienie świst drozda drewniany dzwon lasów

czerpał z tego jak umiał ı wysokie dyszkanty skrzypiec

podszyte głuchą czernią basów

 

No, to jest coś! Mogę to usłyszeć! Takie pisarstwo o muzyce cenię!

 

Myślę więc, że podobałby się panu język, jakim posługują się recenzenci w pismach dla audiofilów, poświęconych sprzętowi grającemu za dziesiątki tysięcy złotych – oni tak właśnie piszą, jakby chcieli naśladować Herberta.

Niech próbują, to szlachetny zamiar, byle nie popadać w przesadę i manierę. Nie czytuję tych czasopism, bo nie jestem audiofilem przywiązanym do drogocennego sprzętu, a muzyki słucham na porządnej wieży Sony, którą prawdziwy audiofil pewnie by wzgardził. Wracając do Tomasza Manna – o Czarodziejskiej górze sam autor napisał, że jest jak symfonia. Żeby docenić jej konstrukcję, powracające wątki, trzeba przeczytać ją więcej niż raz. Ja aż tyle samozaparcia nie miałem, ale bardzo cenię taki pisarski kunszt.

 

A Koncert Jankiela w Panu Tadeuszu?

Piękny! Pełen wspaniałych porównań, które są dobrym sposobem, by wyrazić to, co niewyrażalne.

 

Bohaterowie pana książek – Eberhard Mock z cyklu wrocławskiego i Edward Popielski z cyklu lwowskiego – nie są specjalnie muzykalni.

Nie są, chociaż Mock lubi muzykę. W radiu słucha muzyki barokowej, chadza też na koncerty. No i ożenił się z artystką. Jego żona Sophie w powieści Koniec świata w Breslau gra na skrzypcach i fortepianie…

 

… ale to zła kobieta jest.

Zła, ale jednak o delikatnej duszy. W powieści Mock słucha w filharmonii Popołudnia fauna Debussy’ego, co jest ewidentnie cechą odautorską, bo ja uwielbiam ten utwór, podobnie zresztą jak muzykę barokową.

 

We współczesnych powieściach o nadkomisarzu Jarosławie Paterze, pisanych wspólnie z Mariuszem Czubajem, muzyka odgrywa nieco większą rolę. Bohater słucha dużo jazzu, m.in. płyty Always Say Goodbye Charliego Hadena, zainspirowanej czarnymi kryminałami Raymonda Chandlera.

Lubię jazz, ale akurat gust muzyczny nadkomisarz Pater odziedziczył w największym stopniu po Mariuszu Czubaju. Skojarzenia z Chandlerem, nawet w takiej formie przemycone do powieści kryminalnej, zawsze dodają jej smaku i nie miałem nic przeciwko nim, zwłaszcza, że sam bardzo cenię tę płytę. Moim muzycznym wkładem do opowieści o Paterze jest np. utwór Take a Pebble z pierwszej płyty zespołu Emerson, Lake and Palmer – wspaniała, rozbudowana kompozycja, typowa dla rocka symfonicznego, który jest moją wielką pasją. Mariusz Czubaj jej nie rozumie i nie podziela, ale jako współautor musiał iść na kompromis. Płyty Lou Reeda i Neila Diamonda w kolekcji Patera to już jego sprawka.

 

W komórce ma pan typowy sygnał zainstalowany przez producenta czy coś bardziej osobistego?

Klasyka rocka: Child in Time Deep Purple. Jestem bardzo wybredny i konserwatywny. Musi minąć dużo czasu, zanim przekonam się do nowości. I jednak… lubię ciszę. Unikam sytuacji, gdy moje uszy atakowane są przez niepożądane dźwięki. Niemiłe są mi odgłosy głośnych imprez, pijackich awantur, także muzyki, której nie lubię. Nie wyobrażam sobie, że miałbym mieszkać przy ulicy, przez którą przebiega trasa tramwaju albo zatłoczonej przez samochody. Nie potrafię pracować, kiedy gra muzyka. To mnie całkowicie rozprasza. Nie zdarzyły mi się więc sytuacje, że słuchany fragment muzyki wywołał we mnie myśl czy emocję, którą potem zamieniłem na scenę w książce. Takie inspiracje miewają, być może, inni pisarze, mnie natomiast inspiruje cisza. I to niemal całkowita. Co roku przed świętami wielkanocnymi jeżdżę na tydzień do leśnej pustelni w Rytwianach w zespole pokamedulskim między Krakowem i Sandomierzem. Z nikim tam nie rozmawiam. Poza nocnymi głosami zwierząt nie ma tam praktycznie żadnych dźwięków. Naturalna cisza aż dzwoni w uszach. Odpoczywam tam, biegam i pracuję.

 

W mieście taka cisza idealna jest możliwa tylko wtedy, gdy zamknie pan w mieszkaniu dźwiękoszczelne okna. Tylko że nie o taką grobową ciszę chyba panu chodzi?

Gdybym był człowiekiem bardzo zamożnym, kupiłbym sobie wyspę przy wybrzeżu Chorwacji. Ma tylko 50 metrów kwadratowych i stoi na niej latarnia morska. Nie ma tam nic poza nią i szumem morza, który w pewnym momencie także staje się elementem ciszy.

 

Kiedy wraca pan z ciszy, rzuca się pan tym zachłanniej na muzykę?

Nigdy nie byłem narkotycznie uzależniony od muzyki. Są ludzie, którzy włączają muzykę od razu po przebudzeniu i towarzyszy im ona przez cały dzień. Mnie wystarcza pół godziny, może godzina, słuchania dziennie.

 

Zdarzyło się panu kiedyś stracić rachubę czasu w sklepie płytowym?

Nie. Ani w sklepie muzycznym, ani w księgarni, ani w antykwariacie. W moim życiu nie ma chaosu i staram się nie pozwalać sobie na stratę czasu. Idę do sklepu w konkretnym celu. Jeśli po płytę – to dokładnie wiem jaką. Kiedy jej nie ma, to wychodzę albo składam zamówienie. Jeśli nie ma szansy na szybką realizację, kupuję sobie cyfrową wersję muzyki w sklepie iTunes.

 

To pewnie nigdy nie oddał się pan temu cudownemu rytuałowi, jakim jest słuchanie muzyki w sklepie przed zakupem płyty – rytuałowi już zresztą niemal zaginionemu, bo teraz wszystko można sprawdzić w Internecie, nie mówiąc już o tym, że prawie wszystko można przez Internet kupić.

Jeśli żałuję, że nigdy nie poprosiłem sprzedawcy w sklepie muzycznym o możliwość przesłuchania płyty przed kupnem, to wyłącznie dlatego, że nieraz spotkała mnie w domu niemiła niespodzianka. Znałem jeden utwór, podobał mi się, więc brałem całą płytę, która okazywała się już dużo słabsza. Ostatnio np. kupiłem płytę znakomitego amerykańskiego trębacza jazzowego Terence’a Blancharda Flow. Wstrząsnął mną utwór Harvesting Dance, a rzadko mi się to zdarza, żebym za pierwszym razem doznawał estetycznego wstrząsu. Pobiegłem do sklepu, kupiłem w ciemno CD. I rozczarowanie! Powoli się do tej płyty przekonuję, słuchając jej w samochodzie, ale jednak taka zadra zostaje na długo.

 

Skąd dowiaduje się pan o nowościach?

Najczęściej z radia. Muzykę poważną poznaję dzięki radiowej Dwójce i muszę przyznać, że to znakomita szkoła. Zacząłem rozpoznawać różnice między różnymi wykonaniami tych samych utworów, co kiedyś było dla mnie zupełnie nieistotne. Regularnie słucham w Trójce audycji Noc muzycznych pejzaży Piotra Kosińskiego. Ostatnio odkryłem w ten sposób szwedzki zespół Anekdoten. Nagrali pięć czy sześć płyt. Mam wszystkie. Grają rocka progresywnego, a to nie jest w dzisiejszych czasach dobre źródło utrzymania się. Chodzą słuchy, że się rozpadają…

 

… nareszcie zaczął pan mówić jak fan!

Rzeczywiście, bo jak już coś polubię, to się tym interesuję i chcę być na bieżąco, choć nie przesadzam z entuzjazmem. Choć lubię rocka, to na rockowe koncerty nie chadzam zbyt często. Byłem niedawno na Uriah Heep w klubie Eter we Wrocławiu. Duże rozczarowanie. Najlepsze utwory zostały zagrane inaczej niż na płytach. Poza tym, jak powiedział Horacy: „Odi profani vulgus”. „Nienawidzę nieoświeconego tłumu”. Słuchanie muzyki w ścisku mi nie odpowiada. Korzystam z możliwości, jakie dają nowoczesne media, jak YouTube czy radiowe stacje internetowe, których mam sporo zaprogramowanych w iPadzie – szperam, słucham, uzupełniam wiedzę. Dotyczy to wszystkich rodzajów muzyki. Na przykład bardzo dużo dowiedziałem się z YouTube’a o zespole Wishbone Ash, który kilka lat temu, akurat wtedy, kiedy byłem tam na stypendium, występował w Szwajcarii. Nudziłem się trochę, więc postanowiłem pójść na koncert. Ale, jak już mówiłem, nie lubię rzeczy, których nie znam, więc spędziłem kilka godzin w Internecie, słuchając nagrań Wishbone Ash. I na koncert poszedłem już jako całkiem dobrze wyedukowany fan. To był zresztą świetny wieczór.

 

Gdyby poproszono pana o napisanie liner notes do nowej płyty ulubionego wykonawcy, byłby to…

Peter Gabriel.

 

Od czego zacząłby pan taki esej?

Moje ulubione utwory Gabriela to te z pogranicza rocka i muzyki etnicznej. Więc pewnie zwróciłbym uwagę na ponadkulturowy aspekt tej muzyki i na odwagę w przekraczaniu granic między gatunkami. Poruszyłbym wątek teatralizacji koncertów. Myślę, że intelektualnych przyczółków, na których mógłbym osadzić esej o muzyce Gabriela, znalazłby całkiem sporo i, choć tak sobie tylko niezobowiązująco rozmawiamy, nie odżegnuję się od takiej, tylko teoretycznie możliwej, propozycji. Szczerze jednak wyznam, że ani muzyka, ani inny rodzaj sztuki, nie pochłania mnie ostatnio tak, jak filozofia. Zapisałem się na studia zaoczne na Uniwersytecie Warszawskim i wraz z grupą ludzi w moim wieku spełniamy właśnie marzenia z młodości o dokopaniu się do sensu życia.

 

Znajduje pan związek między muzyką i filozofią?

To są jednak zupełnie inne światy, precyzyjnego intelektu i emocji. Rzadko się przecinają. Choć są wspaniałe ewenementy. Steve Reich w utworze Proverb wykorzystał słowa z traktatu logiczno-filozoficznego Ludwiga Wittgensteina: „Jeszcze nigdy tak mała myśl nie wypełniła całego życia”. Słowa są tu praktycznie nieczytelne, powtarzane, zapętlone i gdyby nie opis, słuchacz, uwiedziony urodą tego działa, mógłby nie uchwycić jego sensu. A jednak… Jest w tej muzyce coś takiego, co ten sens uwypukla i materię dźwiękową wznosi na najwyższy, filozoficzny poziom.

 

Rozmawiał Adam Domagała

 

Marek Krajewski – najgłośniejszy dziś polski autor kryminałów. Z wykształcenia filolog klasyczny. W 1999 roku zadebiutował Śmiercią w Breslau, pierwszą z serii powieści z Eberhardem Mockiem, których akcja rozgrywa się w dawnym Wrocławiu. Kolejne, Koniec świata w Breslau, Widma w mieście Breslau, Festung Breslau i Dżuma w Breslau spotkały się z doskonałym przyjęciem czytelników i krytyki. Jest laureatem Paszportu „Polityki” za rok 2005, Nagrody Księgarzy „Witryna” za najlepszą książkę 2005 roku oraz Nagrody Wielkiego Kalibru za najlepszą powieść kryminalną roku 2003. Napisał dwie powieści wspólnie z Mariuszem Czubajem: Aleja samobójców i Róże cmentarne. W maju tego roku ukazała się Głowa Monitaura, kolejny kryminał z Eberhardem Mockiem w roli głównej.