Wydanie: MWM 06/2012

Organy Englera – najpiękniejszy głos Śląska

Article_more
Organy Englera z kościoła św. Elżbiety były dla Wrocławia tym, czym ołtarz Wita Stwosza dla Krakowa. Nazywano je „głosem Śląska”. Zostały zniszczone w dramatycznych okolicznościach, podczas największego pożaru w powojennej historii miasta. Ale dostały szansę na drugie życie.

Pierwszy zapis o organach na Śląsku pochodzi z 1218 roku – klasztor cysterek w Trzebnicy otrzymał wówczas zestaw ksiąg liturgicznych oraz instrukcje gry na organach. Instrument ten zaczęto powszechnie wprowadzać do śląskich świątyń w XV wieku i wierni szybko uznali, że bez jego głosu modlitwa będzie mniej skuteczna, a na pewno nie tak piękna. Na początku ubiegłego wieku w prowincji śląskiej grało 2150 organów, najwięcej w Niemczech i święta Cecylia spędzała tu wszystkie niedziele.

Podziwiano powszechnie organy w Hali Stulecia, zbudowane na przełomie 1912 i 1913 roku przez firmę Sauer z Frankfurtu nad Odrą. Dysponowały pięcioma manuałami i pedałem, a 15 133 piszczałki ustawiono w 192 głosach. W 1937 roku na 12. Festiwal Niemieckiego Związku Śpiewaków organy rozbudowano do 222 rejestrów i były wtedy bez wątpienia największe na świecie. Zaraz po wojnie wyciągnięto z nich najcenniejsze „głosy”, tzw. języczkowe, które imitują instrumenty dęte z orkiestry (np. róg, puzon, obój, klarnet), ale większość jednak została i firma Biernackiego z Krakowa użyła ich do budowy obecnych organów katedralnych.

Wielkość instrumentu z Hali Stulecia nie zdołała jednak zaćmić sławy organów z kościoła św. Elżbiety, cudownego „głosu Śląska”. Wrocław zawdzięczał go Michaelowi Englerowi, genialnemu organmistrzowi. Zbudował wiele wspaniałych instrumentów, ale ten w elżbietańskiej farze był ukoronowaniem jego pracowitego życia. Ich budowę zaproponowano Englerowi w 1750 roku. Mistrz miał już 62 lata i ogromne doświadczenie. Jego dziełami cieszyło się już opactwo cysterskie w Krzeszowie i „cesarsko-królewskie” miasto Ołomuniec. Organy Englera zajmowały zwykle dużą przestrzeń chóru, miały wysokość kilkunastu metrów, w ich wnętrzu można było poruszać się swobodnie po zbudowanych schodach i pomostach niczym na olbrzymim statku. Dawało to dodatkowy efekt przestrzennego brzmienia organów, tworzyło swego rodzaju orkiestrę. Engler posiadał fantastyczną wyobraźnię przestrzenną i rozmieszczał poszczególne głosy organowe w taki sposób, by były słyszalne w całej okazałości.

Budowa ciągnęła się przez jedenaście lat, zakończona została kilkanaście miesięcy po śmierci Michaela. Instrument zbudowany z 3077 piszczałek (56 głosów) poświęcono we wrześniu 1761 roku, w dzień patrona mistrza. Cieszył nie tylko ucho, ale i oko. Wspaniały prospekt, złocony i polichromowany, został ozdobiony drewnianymi figurami aniołów, proroków Starego Testamentu oraz personifikacjami Harmonii i Dysonansu Dźwięku. Ich autorem był m.in. znakomity artysta Johann Albrecht Siegwitz z Bambergu, ten sam, który wyrzeźbił personifikacje Czterech Cnót Kardynalnych na balustradzie portalu Uniwersytetu.

Dynastia organmistrzów Englerów odeszła w 1829 roku wraz ze śmiercią wnuka Michaela, Johanna Gottlieba Benjamina. Znaczna część instrumentów Englerów uległa zniszczeniu podczas II wojny światowej. Ale sławne organy z elżbietańskiej fary wciąż grały! Choć nie tak, jak chciał mistrz Engler, bo przeszły dwie poważne przebudowy, ostatnią w latach 40. ubiegłego wieku.

Ich brzmienie słychać choćby na płycie Polskich Nagrań z 1963 roku, utwory Jana Sebastiana Bacha wykonuje prof. Józef Chwedczuk z Akademii Muzycznej w Krakowie. Nagrania z elżbietańskiej fary zachowały się również w archiwum Polskiego Radia. Zarejestrowano je w maju 1976 roku, czyli tuż przed największym pożarem w historii powojennego Wrocławia.

Wybuchł 9 czerwca, około godz. 20. Pierwsi strażacy zjawili się już po trzech minutach od zgłoszenia, ale nie dali rady zwyciężyć żywiołu. Tuż po godz. 21 sprężony gaz wyrzucił część dachu z taką mocą, że ze środka – jak z wulkanu – wylatywały belki więźby dachowej. Grube płonące żagwie, długie na kilka metrów, fruwały nad okolicą. Deski spadały na domy, przebijały dachy, a budynki na Rzeźniczej, św. Mikołaja, Kiełbaśniczej po kolei zapalały się. „Żar był taki, że gorące powietrze odginało strumienie wody z sikawek”, wspominał jeden z obserwatorów. Nad Wrocławiem gorzała pomarańczowa łuna obserwowana przez tłumy, które wyległy na ulicę. Ludzie płakali, złorzeczyli, że to podpalenie, i bezsilnie patrzyli, jak ginie chwała Śląska, świątynia będąca symbolem potęgi i ambicji Wrocławia, mauzoleum najwybitniejszych obywateli tego miasta. Kiedy ogień trawił już chór organowy, w pewnym momencie wszystkie piszczałki zagrały naraz. Po raz ostatni.

Pożar elżbietańskiej fary i zniszczenie instrumentu Englera były szokiem dla Wrocławia. Po organach pozostały tylko resztki cyny ze stopionych piszczałek i zwęglone anioły zdobiące prospekt. Kościół odbudowano, ale empora organowa nadal zieje pustką. Być może już niedługo zostanie zapełniona, bo władze Wrocławia chcą do 2016 roku wybudować w kościele św. Elżbiety organy na wzór instrumentu Englera. „Głos Śląska” ma się znowu odezwać.

Beata Maciejewska