Wydanie: MWM 06/2012

(Nie)bezpieczny świat niewiedzy

Article_more
Podstawowym zadaniem mistrza w kształceniu swoich uczniów, czeladników było wychowanie ich do wykonywania zawodu. Wychowanie, to znaczy przekazanie im systemu wartości, którym mieli się kierować.

Podróżuję ostatnio dość często, przygotowując Filharmonię Wrocławską do otwarcia

Narodowego Forum Muzyki. Spotykam wiele ważnych osób, artystów, promotorów, szefów sal koncertowych, ludzi zajmujących się wszystkim, co dotyczy życia artystycznego. Powstanie we Wrocławiu najnowocześniejszego gmachu koncertowego w tej części Europy powinno zbiec się w czasie z osiągnięciem przez wrocławskie zespoły filharmoniczne prawdziwie europejskiego poziomu – to moje marzenie i cel. Dopiero wtedy kilkusetmilionowa inwestycja nabierze prawdziwego sensu.

 

Pamiętam rozmowę sprzed kilku lat, gdy mój szef, prezydent Wrocławia, swoim

zwyczajem zadał prowokacyjne pytanie: „Jak to zrobić, by we Wrocławiu mieć najlepszą w

Polsce filharmonię?”. „To proste – starałem się podtrzymać w odpowiedzi ton pytającego –

wystarczy mieć najlepszych muzyków, najlepszego dyrygenta, najlepsze instrumenty i

najlepszą salę koncertową”. Co jednak tak naprawdę znaczy: najlepsza sala, najlepszy

muzyk, dyrygent?

 

Zacznijmy od sali. By odpowiedzieć na to kluczowe pytanie, należało rozstrzygnąć, czym charakteryzuje się najlepsza sala i czy są to cechy uniwersalne, czy też istnieją jakieś warunki specyficzne dla miejsca, w którym sala ma powstać. Jednym słowem, jaka byłaby najlepsza sala w ogóle i najlepsza sala dla Wrocławia. Z rozpoznania, które wtedy przeprowadziliśmy, wynikało, że dla sukcesu obiektu decydujące są dwa czynniki uniwersalne. Są nimi możliwie najlepsza akustyka i architektura oraz uwzględnienie aspektu lokalnego, tj. dostosowanie do układu urbanistycznego, obecnego potencjału i planu rozwoju życia kulturalnego, ekonomicznego, społecznego miasta. Jak więc zapewnić najlepszą akustykę? Niestety, żadna z dotychczas zbudowanych w Polsce sal koncertowych nie osiągnęła pod tym względem nawet zadawalającego poziomu, nie mówiąc już o mistrzowskim, porównywalnym z najlepszymi na świecie. Trzeba było sobie powiedzieć jasno: nie wiemy, jak to się robi! Skoro zaś nie wiemy, to najlepszym sposobem jest znalezienie kogoś, kto to potrafi, i związanie go z naszym projektem. To przyznanie się do niewiedzy było kluczowe. Należało znaleźć firmę, która wielokrotnie odniosła sukces. Powtarzalność znacznie zmniejsza ryzyko złej realizacji. Chodziło nawet o coś więcej: o współpracę z firmą, której byt jest nierozerwalnie związany z przestrzeganiem wysokich standardów rzetelności i uczciwości, a sprzeniewierzenie się tym standardom przy którymkolwiek z projektów, narażałoby ją na utratę pozycji lidera i zniknięcie z rynku.

Muzycy. Przyjmowani są do orkiestry w drodze konkursu. Nie liczy się certyfikat czy dyplom, a zaprezentowane umiejętności. Jednak śmiem twierdzić, że największy postęp dokonany przez zespoły artystyczne może zostać osiągnięty nie z powodu zebrania w jednym

miejscu wielu znakomitości. Kluczowe dla sukcesu okazuje się być wypracowanie i przestrzeganie ściśle określonych zasad współpracy, a wcześniej wypracowanie potrzeby, obowiązku pracy nad doskonaleniem indywidualnych umiejętności i przygotowywanie się do prób z nowym programem. Wygląda to tak, że muzycy w danym tygodniu jednocześnie pracują nad kilkoma programami: z dyrygentem nad programem na najbliższy koncert, a sami uczą się utworów, które będą wykonywane w bliższej lub dalszej przyszłości. Samodyscyplina, a także praca w małych grupach, na próbach sekcyjnych, rzetelność, poczucie odpowiedzialności to klucz do sukcesu.

 

No i – drobiazg – charyzmatyczny dyrygent. Johann Ambrosius Bach, szanowany muzyk miejski, który przez długi czas pełnił obowiązki Stadtpfeifera w Eisenach, zebrał entuzjastyczne pochwały, gdy wykonał muzykę, jaka nigdy wcześniej nie była grana „jak długo stoi Eisenach”. Kontrakt dokładnie określał powinności muzyka. Po wygraniu konkursu na stanowisko muzyka miejskiego Ambrosius „otrzymał honorarium, zwrot kosztów, a także dwudniowe wyżywienie i piwo”. Wynagrodzenie Ambrosiusa znacznie przewyższało pensję dotychczasowego muzyka miejskiego i wynosiło 40 florenów 4 grosze 8 fenigów oraz 10 florenów dodatku mieszkaniowego. Razem z nim pracę otrzymało czterech asystentów, trzech uczniów i czeladnik. Gdy któryś z jego muzyków zachorował, bądź też Bach potrzebował większego składu, zapraszał do współpracy artystów z sąsiednich miast Turyngii. Obywatele miasta zobowiązani byli korzystać z jego usług, jeśli chcieli zamówić muzyków do oprawy uroczystości, takich jak śluby czy pogrzeby. Podkreślmy: do obowiązków Ambrosiusa należało kierowanie trzema uczniami, którzy przebywali w domu muzyka, mieszkali z nim, ucząc się zawodu poprzez naukę gry na wielu instrumentach, kopiowanie nut, poznawanie technik kompozytorskich. Przede wszystkim jednak, żyjąc wspólnie, otrzymywali wychowanie, etos pracy – zasady, sprzeniewierzenie się którym wyłączało adepta z zawodu. Powtórzmy to jeszcze raz: życie w jednym domu, wyznawanie wspólnych wartości, kształtowanie osobowości, doskonalenie umiejętności i pogłębianie wiedzy były obowiązkiem i zadaniem mistrza wobec młodego adepta sztuki muzycznej. Około 30 lat później, kilka lat po śmierci Ambrosiusa, jego najmłodszy syn, Johann Sebastian, został w Ohrdruf uczniem swego starszego brata, Johanna Christopha.

 

Na Lotnisku Chopina w Warszawie natknąłem się na kwietniowe wydanie „Forbesa”. Znajdujemy w nim felieton pod tytułem Niebezpieczny świat regulacji, w którym autor, doradca ministra sprawiedliwości, przytacza wiele trafnych spostrzeżeń dotyczących deficytu przymiotów charakteru pracowników. Pan Mirosław Barszcz słusznie pisze, że „w większości przypadków bezpieczeństwo klientów w większym stopniu zależy od przymiotów charakteru niż posiadanej wiedzy”. I dalej pyta, czy lekarstwem na brak rzetelności, oszustwa piekarzy, kierowców, policjantów, kasjerów i przedstawicieli wszystkich innych zawodów mogłoby stanowić wprowadzenie egzaminów na wszystko bez wyjątku. Jak w średniowieczu. Wprowadzenie systemu cechów rzemieślniczych i gildii (w domyśle – regulacji wszystkich zawodów) stworzyłoby sytuację, w której byłoby „pięknie i bezpiecznie”. Czytelnik mógłby spodziewać się teraz dramatycznego apelu w sprawie zmian w powszechnym systemie edukacji, dotyczących szczególnie wychowania. Nic z tego. Nie ma na to zgody, pisze dalej pan doradca, nie ma zgody na powrót do średniowiecza, gdyż „od wiedzy często ważniejsze są przymioty charakteru, a jeszcze nikt nie wymyślił sposobu certyfikowania charakteru”. Jaka więc jest jedynie słuszna recepta? Deregulacja zawodów! Otóż, panie doradco, nie ma zgody! Pana wywód jest klinicznym przykładem dorabiania argumentów do przyjętej na wstępie tezy.

 

Podstawowym zadaniem mistrza w kształceniu swoich uczniów, czeladników było właśnie wychowanie ich do wykonywania zawodu. Wychowanie, to znaczy przekazanie im systemu wartości, którym mieli się kierować. Dlatego nie do pomyślenia było dla piekarza dosypywanie śmieci do chleba, a dla rzeźnika czy masarza wędlina zawierająca wszystko oprócz mięsa. Deregulacja zawodów nie ma tu nic do rzeczy. Liczy się wychowanie, liczą się wartości! Sam nauczyłem moje dzieci jazdy na rowerze na dwóch kółkach. Nauczyłem je pływać, zjeżdżać na nartach z Gubałówki i kilku innych rzeczy. Nie jestem specjalistą i nie mam uprawnień instruktora w tych specjalnościach i wiem, że nie byłem i nie jestem w stanie doprowadzić ich do mistrzostwa. Wiem również, że gdyby wykazywały uzdolnienia w tych dziedzinach, nie posłałbym ich do ludzi, którzy nie mają uprawnień do prowadzenia specjalistycznych treningów, bądź do osób z wyrokiem za molestowanie seksualne nieletnich. Moje dzieci, dziś już dorosłe, mają doświadczenie żeglarskie potwierdzone odpowiednimi patentami. Żeglowałem z nimi, przekazując im wiedzę i umiejętności. Zasady etyki żeglarskiej, etykiety, przez lata kształtowane obyczaje są jednak równie ważne jak umiejętność nawigacji wspomagana dziś przez radar, GPS czy ploter. Mam uprawnienia do nauczania żeglarstwa. Pan doradca ministra obiecuje stan powszechnej szczęśliwości, gdy powszechna deregulacja wejdzie w życie. Pan doradca, wykazując się niewiedzą, nie wie, jak bardzo niebezpieczny może być świat niewiedzy. A może jednak czasem warto przyznać się do niewiedzy?

 

Andrzej Kosendiak

Dyrektor Naczelny Filharmonii Wrocławskiej